Droga śmierci

Grunt to dobra reklama. Czasami może się zdarzyć, że jest nią … antyreklama. Tak jak to miało miejsce z pewnym odcinkiem drogi pomiędzy La Paz a Coroico w Boliwii. Od kiedy została ona nazwana „najniebezpieczniejszą drogą świata”, stała się popularną atrakcją turystyczną. Młodzi ludzie, głównie z Europy i USA, płacą po kilkadziesiąt dolarów aby przejechać Drogę Śmierci na rowerze. A potem dumnie chodzić w koszulce z napisem „I survived the world’s most dangerous road”.
Zacznijmy od tego, że licząca około 80 km droga z La Paz do Coroico powstała w latach 30. XX wieku. Miała na celu połączenie wyżyny Altiplano z nizinami Amazonii. Zbudowana została przez paragwajskich więźniów wojennych pojmanych w czasie Wojny o Chaco (Boliwia ją przegrała). Łatwo się domyśleć, że było to bardzo trudne przedsięwzięcie. Początkowo droga wspinała się z La Paz na przełęcz La Cumbre 4650m n.p.m. by następnie zjechać do Coroico na wysokości zaledwie 1200m n.p.m. To jest niemal 3500 metrów różnicy! Droga była wykuta w bardzo stromych górach i prowadziła nad ogromnymi przepaściami. Miała tylko jeden pas i miejsca do mijania. Nie było asfaltu, barierek ochronnych ani systemu odwadniania, przez co stawała się jeszcze bardziej niebezpieczna w porze deszczowej. Często dochodziło do wypadków, w których ginęli ludzie. Średnio 200 a według niektórych źródeł nawet 300 osób rocznie! To właśnie na tej drodze miał miejsce najtragiczniejszy wypadek w historii Boliwii, kiedy w 1983 roku autobus spadł w przepaść. Śmierć poniosło wtedy ponad 100 osób.
Nic dziwnego, że w 1995 roku Międzyamerykański Bank Rozwoju nazwał drogę z La Paz do Coroico „najbardziej niebezpieczną na świecie”. Od tamtej pory dużo się jednak zmieniło. W 2006 zakończył się remont, dzięki któremu pojawił się drugi pas, asfalt i barierki. Ponadto, powstał nowy kawałek drogi, pozwalający ominąć ten najbardziej niebezpieczny odcinek. Dzięki temu z pewnością nie jest to już najbardziej niebezpieczna droga świata, ale nazwa przylgnęła do niej chyba na zawsze. Tym bardziej, że z marketingowego punktu widzenia jest po prostu świetną reklamą. W La Paz funkcjonuje mnóstwo agencji turystycznych oferujących zjazd rowerem z przełęczy La Cumbre do Coroico na rowerze. Dla młodego globtrotera jest to jeden z najważniejszych punktów programu zwiedzania Boliwii. Adrenalina plus wspaniałe widoki, a do tego możliwość obserwacji zmieniającego się klimatu i krajobrazu. Od skutej lodem przełęczy La Cumbre po tonące w tropikalnej roślinności Coroico. Rewelacja!
Z drugiej strony trzeba pamiętać, że wypadki nadal się zdarzają. W ciągu ostatnich 15 lat co najmniej 18 rowerzystów spadło w przepaść, choć firmy organizujące zjazd Drogą Śmierci naprawdę bardzo dbają o bezpieczeństwo. Używają dobrych rowerów a z przodu zawsze jedzie przewodnik, którego nie wolno wyprzedzać. A jednak wystarczy chwila nieuwagi i nieszczęście gotowe. Może jakiś kamień na drodze, może śliska nawierzchnia, może brak aklimatyzacji. To są wysokie góry, więc deszcz a nawet śnieg może spaść o każdej porze roku. Zagrożeniem są też ciężarówki i autobusy. Na szczęście od czasu zakończenia remontu samochody omijają najbardziej niebezpieczny odcinek i jeżdżą nową drogą. Rowerzyści natomiast wybierają starą drogę, która jest bardziej widokowa.
Na boliwijskich drogach dość często dochodzi do mniej lub bardziej groźnych wypadków. Kraj jest górzysty a stan dróg jest, delikatnie mówiąc, nie najlepszy. Ponieważ nie każdy może sobie pozwolić na kupno samochodu a kolej prawie nie istnieje, większość ludzi jeździ autobusami. Dlatego kiedy dojdzie już do wypadku, często ofiary liczy się w dziesiątkach. Tylko w styczniu tego roku miały miejsce 4 wypadki pod rząd z udziałem autobusów. Zginęło 69 osób. Jeden z tych autobusów spadł w przepaść właśnie na Drodze Śmierci. Ja sam przejechałem Boliwię wzdłuż i wszerz, w tym także kilka razy drogę pomiędzy La Paz a Coroico (przed remontem). Pamiętam jak wyglądałem przez okno i zamiast drogi widziałem przepaść. Najgorsze momenty były wtedy, kiedy kierowca cofał, bo z naprzeciwka nadjechała ciężarówka. Zasada jest taka, że jadący pod górę zawsze ma pierwszeństwo. Wychodziłem jednak z założenia, że kierowca wie, co robi, bo tu chodzi o jego własne życie w takim samym stopniu jak o moje. Oczywiście nic się nie stało. Czy w takim razie podróżowanie po Boliwii jest niebezpieczne?
Spójrzmy na statystyki. W 2012 roku na drogach w Boliwii zginęło 1230 osób, a w Polsce 3515 osób. Przeliczając na jednego mieszkańca (a jest ich 10 mln) boliwijskie drogi są bardziej niebezpieczne. Ale nie aż tak bardzo, żeby odstraszać turystów. A Droga Śmierci? Jeśli umrzesz, to chyba raczej od nadmiaru wrażeń!

Zdjęcia z podróży do Boliwii

7 cudów Ameryki Południowej

Niedziela – Park Narodowy Torres del Paine w Chile
Ostatni z moich 7 cudów Ameryki Południowej jest masywem górskim, który słynie z monumentalnych formacji skalnych, od których bierze swoją nazwę. Są to trzy granitowe wieże, znajdujące się w samym sercu Parku Narodowego. Są widoczne z bardzo daleka, ale żeby je naprawdę docenić, trzeba pójść na punkt widokowy u podnóża słynnych wież. Najlepiej być na miejscu o wschodzie słońca, bo kiedy na niebie nie ma chmur, można zaobserwować wspaniały spektakl. Ponieważ ten wyjątkowy masyw górski wyrasta nagle z patagońskich stepów i wieże nie są przesłonięte przez mniejsze góry, już pierwsze promienie słońca oświetlają ich czubki. Czerwone światło pada na jasną, granitową skałę i wieże wydają się płonąć. Następnie dość szybko przybierają odcień pomarańczowy, potem żółty i wreszcie wracają do swoich naturalnych kolorów. Wystarczy jednak nawet niewielka ilość chmur gdzieś na horyzoncie, aby wszystko zepsuć. Idąc w nocy stromą, krętą ścieżką na punkt widokowy nigdy nie wiemy, czy wieże w ogóle będą widoczne, czy może przesłonią je chmury.
Park Narodowy Torres del Paine to nie tylko wieże skalne. Można również zobaczyć piękne jeziora i lodowce, a także zwierzęta takie jak guanako czy strusie. Ostatnio kierowca autobusu pokazywał mi nawet zdjęcie pumy, zrobione telefonem komórkowym! To wszystko czyni z Torres del Paine jeden z najpiękniejszych parków narodowych nie tylko na kontynencie południowoamerykańskim, ale na całym świecie.

Zdjęcia z Parku Torres del Paine w Chile

7 cudów Ameryki Południowej

Sobota – Lodowiec Perito Moreno w Argentynie
Legendarna Patagonia słynie z lodowców, a wśród nich jest prawdziwa perełka – Perito Moreno. Swój początek bierze z Lądolodu Patagońskiego Południowego, podobnie jak 47 innych lodowców. Ale jest jedynym, który wciąż rośnie, pomimo ocieplenia klimatu! Rocznie o całe 700 metrów, dzięki czemu można obserwować tzw. cielenie, czyli odłamywanie się fragmentów lodowca. Czoło tego giganta ma 5 km szerokości i 70 metrów wysokości. To, co wyróżnia Perito Moreno spośród innych lodowców na świecie, to jego rozmiar i dostępność komunikacyjna. Ponadto naprzeciwko czoła lodowca znajduje się wzgórze, gdzie zbudowano specjalne platformy widokowe. Pozwala to na obserwację gigantycznej ściany lodu z różnych perspektyw. Zauroczeni turyści godzinami wpatrują się w lodowiec, czekając aż gdzieś oderwie się bryła lodu i z hukiem wpadnie do jeziora.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Perito Moreno znalazł się na mojej liście 7 cudów Ameryki Południowej. Otóż co kilka lat (zazwyczaj 4) czoło lodowca dociera do lądu i tamuje przepływ wody pomiędzy jeziorami Rico i Argentino. Poziom wody w tym pierwszym stopniowo podnosi się, nawet o 30 metrów. Aż do momentu, kiedy tama zostaje przełamana przez napierającą wodę. Niewyobrażalna masa lodu z impetem wpada do wody, dając spektakularny pokaz siły natury. Ostatnie przełamanie miało miejsce w lipcu 2012. Jeśli dobrze zaplanujesz podróż, może uda Ci się zobaczyć następne?

7 cudów Ameryki Południowej

Czwartek – Salar de Uyuni w Boliwii
Wyobraź sobie, że stoisz na ogromnej pustyni. Pewnie myślisz o piaszczystych wydmach, ale ta pustynia jest płaska jak stół i tak biała, że aż razi w oczy. Oglądasz się dookoła i widzisz gdzieś w oddali majaczące stożki wulkanów. Obok ciebie jest skalista wyspa, porośnięta ogromnymi kaktusami. Rosną tylko 1cm na rok, a niektóre z nich mają ponad 10 metrów wysokości. Ponieważ znajdujesz się na wysokości 3650 m n.p.m. powietrze jest suche i niesamowicie czyste. Wchodzisz na wyspę i ze wzgórza ogarniasz wzrokiem największe solnisko na świecie, o powierzchni ponad 10 tysięcy km². Masz przed oczami jedno z najpiękniejszych miejsc naszej planety.
Salar de Uyuni jest pozostałością po wyschniętym słonym jeziorze na płaskowyżu Altiplano wysoko w Andach. Powierzchnię solniska pokrywa skorupa soli, gruba nawet na 10 metrów. Pod tą skorupą znajduje się bogata w lit solanka, która w tej chwili jest tylko w niewielkim stopniu eksploatowana. Ale to się na pewno zmieni, bo lit jest niezbędny do produkcji akumulatorów litowo-jonowych, wykorzystywanych w laptopach, telefonach komórkowych i coraz częściej w samochodach elektrycznych. Szacuje się, że Boliwia posiada około 50% światowych zasobów litu, głównie na terenie Salar de Uyuni. Dla najbiedniejszego kraju Ameryki Południowej jest to ogromne bogactwo.
Zwiedzanie solniska zazwyczaj rozpoczyna się w miasteczku Uyuni. Dżipy wożą turystów na jedną z wysp – Incahuasi, zatrzymując się po drodze przy hotelu zbudowanym z soli. Ściany, stoły, krzesła, łóżka, wszystko powstało przy użyciu bloczków soli, wyciętych ze skorupy solniska. W czasie wielodniowej wycieczki nocleg w jednym z takich hoteli jest gwarantowany!

Zdjęcia z okolic Uyuni

7 cudów Ameryki Południowej

Środa – Machu Picchu w Peru

Zaginione miasto Inków jest wizytówką nie tylko Peru, ale całej Ameryki Południowej. W czasie konkwisty Hiszpanie niszczyli i grabili bez opamiętania, ale Machu Picchu ocalało nietknięte. Stało się tak dlatego, że o jego istnieniu najeźdźcy nigdy się nie dowiedzieli, bo miasto było już wtedy opuszczone. Ponownie odkryte dopiero w 1911 roku, porośnięte dżunglą i zapomniane do tego stopnia, że nie wiemy nawet jak się oryginalnie nazywało. Przez ostatnie 100 lat ruiny zostały odrestaurowane i zbadane, ale wciąż jest mnóstwo niewyjaśnionych zagadek. Teorie dotyczące jego budowy i przeznaczenia są tylko teoriami opartymi na domysłach, bo Inkowie nie znali pisma (nie licząc pisma węzełkowego, czyli kipu, używanego do zapisu liczb) i nie pozostawili po sobie żadnych dokumentów. Do mnie osobiście najbardziej przemawia teoria mówiąca o rezydencji dla władcy państwa połączonej z funkcjami ceremonialnymi. Jedno jest pewne – Inkowie zbudowali to perfekcyjne miasto w niezwykle widokowym miejscu. Uroku bardzo dodaje skalista góra Huayna Picchu, która wydaje się niemożliwą do zdobycia. A jednak na sam szczyt prowadzi ścieżka, dostępna dla 400 osób dziennie, które wcześniej kupią bilet.
W niedługim czasie o Machu Picchu znów będzie głośno za sprawą nowego odkrycia, które jest już przesądzone. Na terenie ruin znaleziono bowiem wejście, które Inkowie zablokowali ponad 500 lat temu. Badanie specjalistycznym sprzętem wykazało, że prowadzi ono do kilku pomieszczeń, w których znajduje się duża ilość metalowych przedmiotów, w tym ze złota i srebra! Obecnie grupa archeologów przygotowuje się do odblokowania wejścia i penetracji zagadkowych pomieszczeń. Przedmioty, które tam znajdą, bez wątpienia rzucą nowe światło nie tylko na historię Machu Picchu, ale w ogóle całego państwa inkaskiego.

7 cudów Ameryki Południowej

Wtorek – wyspy Galapagos w Ekwadorze
Jedyne w swoim rodzaju, absolutnie unikatowe w skali całej planety. To nie przypadek, że właśnie tu narodziła się teoria ewolucji. Archipelag składa się z 13 głównych wysp, położonych 960km od wybrzeża Ameryki Południowej. Są to wyspy wulkaniczne i bardzo różnią się wiekiem. Najstarsze mają 4 mln lat, a najmłodsze dopiero powstają. Dlatego każda wyspa jest inna. Galapagos nigdy nie były częścią kontynentu. Po prostu wyrosły spod powierzchni wody w wyniku erupcji wulkanów. Początkowo nie było na nich życia, ale z biegiem czasu z lądu przedostały się ptaki i gady. Dla ssaków te 960km dzielących Galapagos od kontynentu przez długi czas stanowiło barierę nie do pokonania. Nie tylko dlatego Galapagos są tak wyjątkowe. Jest jeszcze jeden powód – leżą na równiku i to w miejscu, gdzie spotykają się 3 główne prądy morskie. Dzięki temu w wodzie jest mnóstwo pożywienia, a to z kolei podtrzymuje bogactwo życia na samych wyspach. Większość zwierząt i roślin, jakie tam można oglądać, jest endemiczna, czyli nie występuje nigdzie indziej na świecie. Najsłynniejsze są gigantyczne żółwie, ale równie fotogeniczne są legwany, lwy morskie, fregaty, głuptaki, albatrosy i wiele innych. A jeśli o zdjęciach mowa, Galapagos to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie zwierzęta nie boją się człowieka. Dlatego turystów obowiązuje regulamin, który zabrania zbliżać się do zwierząt na mniej niż 2 metry.
Galapagos jest najdroższe z moich „7 cudów Ameryki Południowej”, ale warte każdego centa.

Wiecej zdjęć z wysp Galapagos

7 cudów Ameryki Południowej

Ktoś zapytał mnie ostatnio, jakie są najpiękniejsze miejsca w Ameryce Południowej. Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, ale postanowiłem wybrać siedem prawdziwych perełek, które powalą na kolana nawet najbardziej wybrednego globtrotera. Jeden „cud Ameryki Południowej” na każdy dzień tygodnia. Gotowi? Zaczynamy od Wenezueli!

Poniedziałek – wodospad Angel w Wenezueli

Liczby mówią same za siebie. 979 metrów, czyli prawie kilometr wysokości. Dla porównania, Niagara mierzy tylko 51 metrów. Bardzo ciekawa jest historia odkrycia najwyższego wodospadu na świecie. Pisząc „odkrycie” mam na myśli moment, w którym świat dowiedział się o jego istnieniu. W 1933 roku amerykański pilot Jimmie Angel poszukiwał w dżungli wenezuelskiej złóż złota. I znalazł skarb. Był nim ogromny wodospad. Początkowo nikt nie wierzył w jego opowieści o rzece spadającej „z prawie mili” wysokości. Potem udało się zrobić zdjęcie z samolotu. Ale o wodospadzie zrobiło się głośno dopiero w 1937 roku, kiedy Angel wraz z żoną i dwiema innymi osobami wylądował na górze stołowej, na szczycie której miała początek rzeka tworząca wodospad. Niestety w trakcie lądowania na Auyantepui samolot uległ uszkodzeniu i cała czwórka znalazła się w dramatycznej sytuacji. Stracili kontakt radiowy z bazą i po kilku dniach poszukiwań zostali uznani za zaginionych, prawdopodobnie martwych. Oni jednak ruszyli na poszukiwanie bezpiecznej drogi prowadzącej w dół Auyantepui. Było to zadanie jak z filmu „Mission Impossible”. Znajdowali się w trudnym, niezbadanym terenie. Auyantepui, podobnie jak inne góry tej części Wenezueli, miał pionowe ściany i płaski wierzchołek. Brakowało jedzenia i odpowiedniego sprzętu. Jakimś cudem udało im się jednak odnaleźć jedyne zejście z płaskowyżu. Uratowało ich to, że jeden z uczestników posiadał bardzo duże doświadczenie w górach. Po 11 dniach wrócili do świata żywych. Wodospad nazwano Angel na cześć niestrudzonego pilota – odkrywcy. Z marketingowego punktu widzenia był to strzał w 10, bo hiszpańskie Salto Angel, czy angielskie Angel Falls to przecież nic innego jak anielski wodospad.
W tym miejscu muszę jednak przestrzec, że w 2009 roku wenezuelski prezydent Hugo Chavez (obecnie walczący o życie z nowotworem) powiedział: „Niech już nikt, nigdy więcej, nie mówi o Salto Angel. Ten wodospad był nasz, zanim pojawił się tam Angel. Najwyższy wodospad świata nazywa się Kerepakupai Merú”.

Eldorado. Legenda czy fakt?

Chyba każdy z nas zetknął się z nazwą Eldorado. Legendarna kraina złota, która jest jak kwiat paproci – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go nie widział. Począwszy od hiszpańskiej konkwisty, przez kilka wieków legenda Eldorado rozpalała wyobraźnię żądnych złota i sławy podróżników, awanturników i odkrywców. Na poszukiwania wyruszyło wiele ekspedycji, ale wszystkie zakończyły się porażką. Jak dotąd, nikomu nie udało się odnaleźć legendarnego miasta. Są tacy, którzy wciąż wierzą w jego istnienie. Co jakiś czas można przeczytać doniesienia typu: „Według nowo odkrytego dokumentu z Watykanu Eldorado naprawdę istnieje”. Z kolei polski podróżnik Roman Warszewski zaproponował odważną hipotezę, że Eldorado fizycznie nigdy nie istniało. Ukazywało się tylko w wizjach po spożyciu halucynogenów (głównie ayahuaski).
Są jednak fakty, które tłumaczą powstanie legendy o El Dorado, czyli po polsku o „człowieku olśnionym złotem”. Kiedy Hiszpanie przybyli do Ameryki Południowej, z miejsca zajęli się rabunkiem. Ich pierwszym łupem był okup (około 6 ton złota i 12 ton srebra), jaki otrzymali za Atahualpę – uwięzionego władcę potężnego państwa Inków. Nawiasem mówiąc, po otrzymaniu okupu konkwistadorzy skazali Atahualpę na śmierć. Kolejną porcję cennego metalu znaleźli w Cusco, stolicy dawnego imperium. Wrażliwi na każdą wzmiankę o złocie, na terenie dzisiejszej Kolumbii usłyszeli o ceremonii, która odbywała się cyklicznie nad jeziorem Guatavita. Indianie Muisca, którzy zamieszkiwali tamte tereny, uważali jezioro za święte. Każdy kacyk, który miał objąć władzę, musiał najpierw wziąć udział w specjalnej ceremonii. W tym celu budowana była łódź, która mogła pomieścić nie tylko ludzi, ale też dary dla bogów. Punktem kulminacyjnym było wypłynięcie nowego władcy wraz ze starszyzną na świętą lagunę. Kacyk był obsypywany złotym pyłem i to właśnie on był El Dorado, czyli „ozłoconym człowiekiem”. Po dopłynięciu na środek jeziora wrzucał przywiezione złoto i szmaragdy, a następnie sam zanurzał się w wodzie. Hiszpanie nie mogli widzieć takiej ceremonii, bo zostały one zaniechane na długo przed ich przybyciem. Ale Indianie opowiadali o El Dorado i z czasem historia „ozłoconego człowieka” ewoluowała do rozmiarów złotego miasta, a nawet całej krainy.
A może to wszystko bajka? Raczej nie, bo jezioro Guatavita rzeczywiście istnieje. Jest położone 50 km od Bogoty, stolicy Kolumbii. Co ciekawe, nie do końca wiadomo skąd się wzięło. Niby jest położone w kraterze powstałym po uderzeniu meteorytu, ale badania tego nie potwierdzają. Krater nie jest też pochodzenia wulkanicznego. Oprócz tego, Guatavita jest połączona podziemnymi kanałami z pobliskimi jeziorami. Z tego powodu nie udało się całkowicie spuścić z niej wody i sprawdzić, co jest na dnie. Takich prób było kilka, ale nie przyniosły spodziewanych rezultatów, bo krater napełniał się wodą na zasadzie naczyń połączonych. Co prawda znaleziono przedmioty ze złota, ale jak się okazało, na dnie zalega gruba warstwa mułu i nie pozwala na penetrację. Już chyba nigdy nie dowiemy się, jakie skarby kryje Guatavita, bo w 1965 roku rząd Kolumbii uznał jezioro za pomnik kultury narodowej i zakazał jego eksploracji. Do dziś można oglądać ogromną wyrwę w otaczającym jezioro kraterze, którą wykopano w celu osuszenia świętej laguny.
Jest jeszcze jeden dowód na to, że El Dorado rzeczywiście zanurzał się w wodach świętego jeziora. Dowód ten można oglądać we wspaniałym Muzeum Złota w Bogocie. Jest to największe i najbogatsze na świecie muzeum sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich. Najważniejszym eksponatem jest wykonana ze złota Tratwa Muisca. Obrazuje ceremonię, która odbywała się na wodach jeziora Guatavita. Tratwa ma tylko niecałe 20 cm długości, ale jest wykonana z dużą precyzją i nie ma wątpliwości co do tego, jaki rytuał przedstawia.

Kilka lat temu podróżowałem po Kolumbii. W Bogocie poznałem przemiłych ludzi. Zapytali mnie:
– „Byłeś już nad jeziorem Guatavita?”
– „Nie”, odpowiedziałem.
– „Musisz tam pojechać”, usłyszałem.
I następnego dnia zabrali mnie nad jezioro. Mało tego, nie pozwolili mi płacić za autobus. Taka właśnie jest Kolumbia.
W każdym innym kraju Ameryki Południowej taki cud natury jak Guatavita byłby wielką atrakcją turystyczną. Szczególnie, że to tylko 50 km od stolicy. Autokary pełne zagranicznych turystów na pewno kiedyś się zmaterializują, bo Kolumbia w końcu zostanie „odkryta”. Jeśli chcesz oglądać miejsce narodzin legendy o Eldorado w ciszy i spokoju, lepiej się pospiesz!

Największy sekret Ameryki Południowej

Kiedy słyszymy nazwę kraju, do głowy przychodzą nam skojarzenia. Argentyna – tango. Peru – Machu Picchu. Brazylia – karnawał i samba. Kolumbia – kokaina i terroryści. A przecież skojarzenia z narkotykami i przemocą są bardzo krzywdzące dla Kolumbii, bo czasy porwań i zamachów dawno już minęły. Kraj jest bezpieczny i bardzo ciekawy. Ludzie otwarci i życzliwi, a Kolumbijki to chyba najpiękniejsze dziewczyny na kontynencie. Podróżowałem po krajach latynoskich przez ponad 2 lata i nigdzie indziej nie usłyszałem: „dziękuję, że do nas przyjechałeś”. Słowem, Kolumbia to największy sekret Ameryki Południowej.

Jak to się stało, że tak długo się uchowała? To „zasługa” najstarszej i najbardziej znanej partyzantki latynoamerykańskiej, czyli FARC. Utworzona w 1964 roku, przez dziesięciolecia terroryzowała mieszkańców Kolumbii, skutecznie odstraszając obcokrajowców. Jeszcze kilkanaście lat temu FARC kontrolowało 1/3 terytorium kraju, a porwania dla okupu liczyło się w tysiącach osób rocznie. Trzeba jednak zaznaczyć, że porwaniami zajmowały się też inne partyzantki i organizacje paramilitarne, a przede wszystkim zwykli przestępcy. Zmiana nadeszła w 2002 roku wraz z wyborem Álvaro Uribe na prezydenta kraju. W ciągu dwóch kadencji przy dużym poparciu społecznym Uribe bezpardonowo walczył z partyzantami i organizacjami paramilitarnymi. Pieniędzmi sypnęły Stany Zjednoczone zainteresowane walką z kartelami narkotykowymi. W efekcie Kolumbia stała się krajem względnie bezpiecznym i obecnie bez obaw można tam podróżować. Na turystów czekają wspaniałe widoki, piaszczyste plaże, kolonialne miasta, ciepły klimat i życzliwi ludzie. Czego jeszcze można chcieć?
Na świecie jest coraz mniej krajów nietkniętych przez masową turystykę. Nie mam żadnych wątpliwości, że wkrótce Kolumbia zostanie „odkryta” i na zawsze wypadnie z tego grona. Tym bardziej, że rząd już dawno wziął się za promocję pod hasłem: Kolumbia – jedyne ryzyko jest takie, że zechcesz tu zostać…

Zdjęcia z Kolumbii

Argentyna w tarapatach

Argentyńczycy to dumny naród. W większości potomkowie białych Europejczyków, którzy żyją w ósmym pod względem wielkości kraju świata. Mogą się poszczycić najwyższym na kontynencie PKB na mieszkańca mierzonym parytetem siły nabywczej. Zaledwie nieco ponad 100 lat temu Argentyna zaliczała się do grona 10 najbogatszych państw świata, co widać szczególnie w Buenos Aires, nazywanym „Paryżem Ameryki Południowej”. Jak każdy naród, mają swoich bohaterów: Generała San Martina, wyzwoliciela spod władzy hiszpańskiej, czy Evitę, charyzmatyczną obrończynię najuboższych. Bardzo chciałaby do nich dołączyć obecna prezydentowa Cristina Fernández de Kirchner.
Mój znajomy z Buenos Aires lata 90. wspomina jako dobre czasy, kiedy argentyńskie peso było wymieniane na dolara w stosunku 1:1. Opowiada, jak korzystał z tego pozornego dobrobytu i z dolarami w kieszeni podróżował po świecie. Argentyna była wtedy najdroższym krajem kontynentu i turyści rzadko tu zaglądali. Wszystko zmieniło się w 2001 roku, kiedy ucieczka kapitału zmusiła rząd do zamrożenia kont w bankach. Na ulice wyległy tłumy, domagające się odejścia prezydenta Fernando de la Rúa. Argentyna nie była w stanie spłacać długów i zbankrutowała. Co prawda do końca 2002 roku ekonomia się ustabilizowała, ale nie wszystkie problemy zostały rozwiązane. Myślę tu o obligacjach skarbowych sprzed czasu ogłoszenia niewypłacalności. Były one skupowane od wierzycieli przez fundusze, które do dziś domagają się spłaty milionów dolarów.
Prezydentowa nazywa je „finansowymi sępami” i deklaruje, że nie zapłaci ani centa. Ale sępy krążą nad Argentyną i wyczekują chwili nieuwagi, żeby zaatakować. Taki moment miał miejsce 2 października 2012, kiedy argentyński żaglowiec Libertad (Wolność) został zaaresztowany w Ghanie przez sąd działający z powództwa NML Capital. Jest to fundusz, który domaga się zwrotu 370 mln dolarów i na poczet tego długu postanowił zająć statek. Był to ogromny cios dla dumnej Pani Prezydentowej, która wnet ogłosiła, że „mogą zabrać nasz okręt, ale nie odbiorą nam godności”. To jednak nie koniec historii. Argentyna zwróciła się do Międzynarodowego Trybunału Prawa Morskiego w Hamburgu, a ten nakazał Ghanie uwolnienie jednostki. Sędziowie stwierdzili, że żaglowiec należy do Marynarki Wojennej i trzeba go traktować jako okręt wojenny, który ma immunitet. Duma narodu została uratowana. Powrót Wolności do kraju, jak można się łatwo domyślić, był wielkim świętem. Statek witała sama Cristina w towarzystwie czołowych polityków i dziesiątek tysięcy Argentyńczyków. Do uczestnictwa zachęcały plakaty z napisem: „My wiatrem, Ojczyzna okrętem, Cristina Kapitanem”. Coś mi się zdaje, że Kapitana czeka sztorm, bo nad jej okrętem zbierają się czarne chmury.

Argentyńczycy okazują swoje niezadowolenie w bardzo specyficzny sposób. Organizują cacerolazo, czyli gromadzą się na ulicach i uderzają w garnki. Z pewnością żaden polityk nie lubi tego dźwięku. W 2012 roku Cristina wielokrotnie musiała wysłuchiwać bębniących garnków, bo powodów do niezadowolenia Argentyńczycy mają wiele. Wśród nich są korupcja, bezrobocie, czy znaczny wzrost przestępczości. Oficjalnie inflacja wynosi niecałe 10%, ale w rzeczywistości jest to około 25%. Aby chronić swoje oszczędności, Argentyńczycy kupowali dolary i w kraju zaczęło ich brakować. Rząd znalazł proste rozwiązanie – zabronić. Obecnie kwitnie handel na czarnym rynku, bo legalnie dolarów kupić nie można. Małe ilości są dostępne jedynie dla podróżujących za granicę. Sposobem na obejście przepisów było robienie zakupów w sąsiednich krajach i płacenie kartą kredytową, ale to już nieaktualne. Wprowadzono dodatkowy 15% podatek, a do tego każdy kupujący jest sprawdzany przez argentyński Urząd Skarbowy.
Argentyńczycy są dumnym narodem i nie podoba im się takie traktowanie. 2 miesiące temu w Calafate pewna Argentynka powiedziała mi tak: „Od kiedy Cristina przejęła władzę, majątek jej rodziny powiększył się dziesięciokrotnie. Dlaczego Urząd Skarbowy nie sprawdzi, skąd to mają? Kiedy Cristina ze świtą wracała z Nowego Jorku rządowym samolotem to miała tyle zakupów, że samolot musiał lecieć 2 razy, bo się nie zmieściły. Ona żyje w innym świecie i nie chce przyznać, że w kraju są problemy”
W 2011 roku Cristina po raz drugi wygrała wybory. Dostała 54% głosów. Wiele wskazuje na to, że wzorem Hugo Chaveza z Wenezueli może zmienić konstytucję, która ogranicza ją do dwóch kadencji i pozostanie u władzy na dłużej. Ma duże poparcie wśród najuboższych, bo jej populistyczna polityka uderza najbardziej w klasę średnią. Z wielką determinacją walczy (słowami) o Falklandy, wyspy położone na południowym Atlantyku, niecałe 500 km od wybrzeży Argentyny. To brytyjskie terytorium zamorskie jest przedmiotem ostrych sporów z Argentyną, która nazywa je Malwinami i uważa za swoje. Nie wiem, kto ma rację. Oba kraje przedstawiają zupełnie inną wersję historii. Ale wiem, że jeśli Argentyna chce mieć jakiekolwiek szanse, to musi być silna gospodarczo. Jak na razie, rząd nawet nie przyjmuje do wiadomości, że w gospodarce źle się dzieje.
Bardzo lubię Argentynę i jej mieszkańców. Będę im kibicował w tym nowym, 2013 roku. W końcu jest to jedyne państwo na świecie, gdzie Dzień Polskiego Osadnika jest świętem narodowym.

Argentyna na zdjęciach