Siła paszportu



Choć to bardzo niesprawiedliwe, paszporty dzielą się na lepsze i gorsze. Te pierwsze pozwalają na podróżowanie po większości krajów świata bez wizy. Te drugie wręcz przeciwnie. Na nasze szczęście, polski paszport pozwala zwiedzać niemal całą Amerykę Środkową i Południową bez obowiązku wcześniejszego ubiegania się o wizę. Na dzień dzisiejszy wyjątek stanowią tylko 2 państwa: Gujana i Surinam.

Ostatnio natknąłem się na „Ranking paszportów”. Wynika z niego, że nasz paszport plasuje się w pierwszej dziesiątce (wjazd do 137 państw bez wizy). Na pierwszym miejscu są Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (147 państw). Na ostatnim, osiemdziesiątym miejscu uplasowały się takie kraje, jak Birma, Sudan Południowy czy Wyspy Salomona (28 państw).

Jak w tym rankingu radzą sobie kraje Ameryki Łacińskiej? Są mniej więcej w połowie stawki. Najlepszy paszport w regionie ma Argentyna (129 państw), Brazylia (128 państw) i Chile (124 państw). Najgorszy należy do Dominikany oraz Haiti (49 państw). Pełne zestawienie można znaleźć tutaj:
Passport Index

Reklamy

Lekcja pod tytułem „100 peso”

Przeczytałem właśnie dowcip, który krąży po internecie w Argentynie. Brzmi mniej więcej tak:

Niedawno zapytałem córeczkę znajomych kim chce być, jak dorośnie. Odpowiedziała, że któregoś dnia chciałaby zostać prezydentem. Jej rodzice, oboje „kirchnerista” (od lewicujących prezydentów Argentyny Nestora i Cristiny Kirchner), byli obecni, a ja pytałem dalej: „kiedy zostaniesz prezydentem, co najpierw chciałabyś zrobić?” Odpowiedziała bez wahania: „chciałabym dać jedzenie i schronienie biednym”. Dumni rodzice mieli promienne uśmiechy i pochwalili córkę za tak szczytny cel.

A ja powiedziałem: „żeby to zrobić nie musisz czekać, aż zostaniesz prezydentem. Możesz przyjść do mojego domu, skosić trawnik i powyrywać chwasty. Zapłacę ci za to 100 peso. Pójdziemy do supermarketu w mojej dzielnicy, tam zawsze jest jakiś żebrak. Dasz mu 100 peso, żeby mógł sobie kupić jedzenie i zacząć oszczędzać na mieszkanie”. Dziewczynka zastanawiała się przez kilka sekund, a potem patrząc mi w oczy, zapytała: „a dlaczego ten żebrak sam nie pójdzie popracować, a wtedy zapłacisz bezpośrednio jemu?”
„Dobre pytanie. Witamy w opozycji” – odpowiedziałem.

A rodzice do tej pory ze mną nie rozmawiają…

Choroba wysokościowa w Peru

Każdy, kto wybiera się do Peru, wcześniej czy później usłyszy o chorobie wysokościowej. Bez problemu można znaleźć encyklopedyczne informacje na temat tej przypadłości. Ale jak to wygląda w praktyce? Czy to jest groźne? Czy naprawdę trzeba się obawiać?

Zacznę od tego, że choroba wysokościowa, w krajach andyjskich nazywana soroche, nie jest jedną konkretną dolegliwością. Warunki panujące na dużych wysokościach powodują, że przybywający z terenów nizinnych turyści mogą odczuwać dolegliwości, takie jak: osłabienie, ból głowy czy brak apetytu. Dlatego ważna jest stopniowa aklimatyzacja. Indianie od wieków żują liście koki, aby złagodzić skutki soroche. Najlepsze, co może zrobić gringo, to naśladować tubylców. Jeśli jedziesz z biurem podróży, to w czasie wycieczki zawsze jest czas na zakup woreczka świeżych liści koki do żucia. Ponadto, przewodnik pokaże, jak te liście należy żuć. Można też pić herbatkę z suchych liści, zwaną mate de coca. W większości hoteli przy recepcji znajdziemy termosy z gorącym wywarem. Warto korzystać, chociażby dlatego, że w Polsce taki wywar byłby nielegalny, podobnie jak same liście koki. Jeśli ktoś woli tabletki, to w Peru dostępne są tzw. soroche pill. Można je kupić już na początku podróży i mieć w pogotowiu, tak na wszelki wypadek. Jako środek przeciwbólowy sprawdza się panadol. W ostateczności, gdyby ktoś naprawdę źle się czuł, w autobusie i w hotelach zawsze jest butla z tlenem. Choć tlen nie rozwiązuje problemu choroby wysokościowej, to jednak doraźnie bardzo pomaga.

Chciałbym też wspomnieć o innych dolegliwościach, które mogą się pojawić w czasie podróży. Ponieważ w Ameryce Południowej żołądek musi się przyzwyczaić do innej flory bakteryjnej, mogą wystąpić objawy zatrucia pokarmowego. Często turyści upatrują źródła wszelkich dolegliwości w chorobie wysokościowej, bo faktycznie objawy nakładają się na siebie i trudno je rozróżnić. Już kilka razy zdarzyło mi się, że uczestnik wycieczki skarżył się na soroche, a po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że ma zwykłe problemy żołądkowe. Wystarczyło odstawić świeże owoce i ciężkostrawne pokarmy oraz zażyć nifuroksazyd i już następnego dnia wracała chęć do życia i zwiedzania.

Podsumowując, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Najstarszy uczestnik prowadzonej przeze mnie wycieczki do Peru miał 85 lat!

Wenezuela i socjalizm XXI wieku

Wenezuela to jeden z najpiękniejszych krajów, jaki w swoim życiu odwiedziłem. Kiedy przekroczyłem jej granicę po raz pierwszy, czyli w 2007 roku, od razu wiedziałem, że to jest również kraj niezwykły. Do najbliższego miasta pojechałem czymś w rodzaju taksówki, którą dzieliłem z 4 osobami. To był stary, ale piękny amerykański cadillac, jakich po Wenezueli jeździ ciągle dużo. Po drodze kilka razy zatrzymywała nas policja, a dwójka pasażerów za każdym razem płaciła łapówkę. Coś nie tak z papierami. Potem tankowanie najtańszej benzyny na świecie. Za cały bak kierowca zapłacił coś około dolara. W mieście wybrałem pieniądze z bankomatu. Okazało się, że gdybym przywiózł dolary i sprzedał na czarnym rynku, to miałbym 2 razy więcej boliwarów, czyli wenezuelskiej waluty. To było 7 lat temu. Od tamtej pory bardzo wiele się zmieniło. Niestety, na gorsze. Szczególnie ostatnie tygodnie, kiedy na ulicach Caracas trwają protesty, pokazują, że jest naprawdę źle. W końcu przelała się czara goryczy. Ludzie mają dość szalejącej inflacji, korupcji i przestępczości. Jak to możliwe, że w kraju posiadającym największe złoża ropy naftowej na świecie brakuje papieru toaletowego?

Zacznę od tego, że już od 10 lat w Wenezueli budowany jest „socjalizm XXI wieku”. To wiele tłumaczy. Socjalistyczny rząd Boliwariańskiej Republiki Wenezueli stara się ręcznie sterować gospodarką, co jak wiemy z własnych doświadczeń z czasów PRL-u, nie ma szans na powodzenie. Nawet w takim kraju, jak Wenezuela, do którego petrodolary płyną szerokim strumieniem. Efekt? Niska produktywność, brak inwestycji, korupcja i wiele innych patologii. Ustalanie przez rząd maksymalnych cen na podstawowe artykuły spożywcze skutkuje tym, że tych produktów zaczyna brakować. Bo kto będzie sprzedawał poniżej kosztów produkcji? Utrzymywanie od 10 lat ograniczonego dostępu do dewiz oraz sztucznie niskiego kursu dolara odnosi podobny skutek. Oficjalnie, jeden dolar kosztuje 6.3 boliwara. Ale kiedy ostatnio wylądowałem na lotnisku w Caracas, bez problemu wymieniłem dolara po 60 boliwarów. To jest prawie 10 razy więcej! Różnica pomiędzy kursem oficjalnym a ceną na czarnym rynku systematycznie się powiększa. Po prostu dolarów w Wenezueli brakuje, co wydaje się dziwne biorąc pod uwagę ilość ropy, jaką ten kraj sprzedaje za granicę (za 70 miliardów dolarów rocznie). Jednym z powodów dużego popytu na dolary jest inflacja sięgająca 50%, bo w tej sytuacji każdy chce boliwary jak najszybciej wydać albo wymienić na twardą walutę. Dolarów brakuje nawet dla firm, które muszą importować części bądź surowce potrzebne w procesie produkcji. W efekcie firmy nie mają czym płacić zagranicznym kontrahentom, którzy z kolei zmniejszają dostawy. Produkcja spada i w Wenezueli coraz częściej brakuje podstawowych artykułów spożywczych, leków, części zamiennych itd. Co na to rząd i prezydent?

Otóż według Nicolasa Maduro, który wygrał wybory po śmierci Hugo Chaveza w zeszłym roku, winni są przemytnicy, imperialiści (USA), przedsiębiorcy, media i oczywiście opozycja, która jakoby prowadzi sabotaż na wielką skalę, chcąc zrujnować gospodarkę i doprowadzić do przejęcia władzy. Inflacja? To przez spekulacje rynkowe. Ludzie protestują na ulicach? To „bojówki nazistowsko-faszystowskie”. Brak niektórych produktów w sklepach? To tylko „percepcja niedoborów” spowodowana niedostateczną obsadą kas w niektórych supermarketach. Nie żartuję! Prezydent, jako były kierowca autobusu, jest człowiekiem słabo wykształconym i najwyraźniej nie ma pojęcia o ekonomii. Jeśli Angela Merkel mówi o Putinie, że „żyje w innym świecie”, to co by powiedziała o Maduro? Kompletny brak kontaktu z rzeczywistością. Pytany o problemy w kraju odpowiada: „Ale dzięki Rewolucji Boliwariańskiej mamy Ojczyznę!”. Lud jest niezadowolony? Więc tworzy Wiceministerstwo Władzy Ludowej ds. Szczęścia Społecznego Ludu Wenezeueli. I jak tu go nie kochać? Niestety, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że w nieuczciwych wyborach Wenezuelczycy sami sobie takiego prezydenta wybrali. Nicolas Maduro i jego prezydentura to wybryk historii, który nigdy nie powinien się zdarzyć. Doszedł do władzy tylko dlatego, że poprzedni prezydent Hugo Chavez mianował go swoim zastępcą. A zrobił to dlatego, że Maduro był bezwzględnie lojalny. Oddanie Rewolucji Boliwariańskiej było cenniejsze niż wiedza czy umiejętności. Kiedy Chavez zachorował na raka i w końcu zmarł, Maduro wygrał wybory, powołując się na dziedzictwo swojego poprzednika, bądź co bądź wielbionego przez wielu mieszkańców Wenezueli. I takim sposobem Rewolucja Boliwariańska trwa w najlepsze, a kraj stacza się po równi pochyłej.

Trzeba jednak przyznać, że antyamerykański Hugo Chavez był bardzo popularny wśród sporej części społeczeństwa. W wyniku kolonizacji w Ameryce Łacińskiej powstały wielkie nierówności społeczne, więc prezydent uruchamiał liczne, zakrojone na szeroką skalę programy socjalne dla najuboższych. I odnosił wielkie sukcesy. Zmniejszył ubóstwo, zlikwidował analfabetyzm, spadł również wskaźnik umieralności niemowląt. Powstawały szkoły, szpitale, całe osiedla domów dla biedoty ze slumsów, państwowe supermarkety sprzedające żywność po obniżonych cenach. To wszystko kosztem miliardów dolarów, które Wenezuela otrzymuje za swoją ropę naftową. W czym więc problem? Po pierwsze, w tym samym czasie w górę wystrzeliła przestępczość oraz inflacja. Po drugie, takie działania są tylko doraźną pomocą i na dłuższą metę nikogo nie uszczęśliwią. Uczą bierności, uzależniają od pomocy państwa i nie dają perspektyw. Zamiast pracować, ludzie siedzą w urzędach i „załatwiają” ” bon na samochód, lodówkę, mieszkanie czy zasiłek. Władza ludowa wyhodowała sobie sporą grupę wiernych wyborców, którzy wierzą w spisek imperialistów i burżuazji przeciw Wenezueli i jej Rewolucji Boliwariańskiej. A może coś w tym jednak jest? Może faktycznie za problemami kraju stoi kreolska burżuazja zaprzedana obcym interesom? Może rzeczywiście chodzi o to, żeby dobrać się do wenezuelskiej ropy?

Nie jestem naiwny i nie wyobrażam sobie, żeby krajem, gdzie są największe potwierdzone złoża ropy naftowej na świecie nie interesowały się Zachodnie koncerny oraz USA, które uważają Amerykę Łacińską za swoje podwórko. W grę wchodzą niewyobrażalne pieniądze. Ale nie wierzę w to, że Amerykanie stoją za problemami Wenezueli. Z kilku powodów.
– USA nie jest już tak zależne od importu ropy jak dawniej. Ba, w tym roku prawdopodobnie staną się eksporterem z powodu rewolucji łupkowej, która objęła nie tylko gaz, ale też ropę naftową.
– Wenezuela nie stanowi militarnego zagrożenia dla USA, pomimo zakupów sprzętu wojskowego od Rosji. Wydatki wojskowe USA są 170 razy większe niż Wenezueli.
– w Ameryce Południowej są inne kraje nieprzychylnie nastawione do USA, na przykład Ekwador. Dlaczego tam nie brakuje papieru toaletowego? Ekwador również ma ropę, a do tego w 2009 roku zamknął amerykańską bazę wojskową na swoim terytorium.
– jednym z największych problemów Wenezueli jest przestępczość. Choć rząd kilka lat temu przestał publikować dane związane z przestępczością, to liczbę osób zabitych w 2013 roku ocenia się na 25 tysięcy. Kiedy Hugo Chavez przejmował władzę w 1999 roku, ofiar było 6 tysięcy. Od tamtej pory było już 20 programów walki z przestępczością. I nic. Czy to też wina USA?
– nam, Polakom, nikt nie musi tłumaczyć, jak wygląda socjalizm. Pamiętam inflację, puste półki, korupcję, „załatwianie” po prostu wszystkiego od kiełbasy po mieszkanie. Dlaczego wenezuelski socjalizm miałby wyglądać inaczej? Petrodolary nie zamaskują wszystkich problemów.

Na koniec trzeba pamiętać, że ropa może być dobrodziejstwem, ale może też być przekleństwem. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla Wenezueli byłoby lepiej, gdyby ropy nie miała. Mogłaby zarabiać krocie choćby na turystyce, bo ma wszystkie atuty: ciepły klimat, dobrą kuchnię, piękne wybrzeże Morza Karaibskiego, wspaniałe atrakcje turystyczne (najwyższy wodospad świata, deltę Orinoko, Los Llanos, góry sięgające 5 tys metrów). Do tego jest tania i położona bliżej Europy i USA niż reszta krajów Ameryki Południowej. Szkoda, że w zeszłym roku poprowadziłem tam tylko jedną wycieczkę.

Zdjęcia z Wenezueli

Konkwista, czyli zderzenie cywilizacji

W XVI wieku na terenie Ameryki Południowej doszło do spotkania 2 zupełnie różnych cywilizacji. Pierwsza z nich, europejska, miała do dyspozycji wysoko rozwiniętą broń i sztukę wojenną. Ta druga, inkaska, miała wielkie osiągnięcia w rolnictwie i budownictwie. Efekt tego zderzenia mógł być tylko jeden – klęska Inków. Ale jest jedno pytanie – jak to możliwe, że 168 żołnierzy hiszpańskich podbiło potężne państwo, na terenie którego żyło około 20 milionów ludzi? Państwo, którego terytorium było 6 razy większe od Polski i rozciągało się od dzisiejszej Kolumbii po północne Chile?

Trzeba zacząć od tego, że cywilizacja Inków była wysoko rozwinięta. Potrafili budować wspaniałe miasta i nawet sami Hiszpanie stwierdzili, że Cuzco przyćmiewa wszystkie europejskie metropolie. Mieli rozwiniętą sieć dróg a dzięki dużej ilości odpowiednio zbudowanych tarasów uprawnych potrafili się wyżywić w niesprzyjającym, wysokogórskim środowisku. Chociaż nie znali koła, żelaza ani pisma (oprócz pisma węzełkowego służącego najprawdopodobniej tylko do celów statystycznych), nie można powiedzieć, że cywilizacja inkaska ustępowała europejskiej. Była po prostu inna. Tak więc podbój imperium Inków nie był wcale łatwy. Fakt, że dokonał się tak błyskawicznie był efektem niewiarygodnego wręcz splotu pomyślnych (dla Hiszpanów) okoliczności, a także determinacji i przebiegłości dowódcy – Francisco Pizarro. Co dokładnie zaważyło na klęsce Inków?

Po pierwsze, gorsze uzbrojenie. Konkwistadorzy mieli miecze, natomiast Inkowie nie znali żelaza i posługiwali się bardzo prymitywną bronią (maczugi, pałki, kamienie, proce). Hiszpańskie hełmy i pancerze skutecznie chroniły przed ciosami taką właśnie bronią. Dla przykładu, w czasie oblężenia Cuzco w 1536 roku jedyną ofiarą po stronie hiszpańskiej był żołnierz, który nie założył hełmu. Broń palna, która z początku siała postrach, nie odegrała wielkiej roli, bo była jeszcze wtedy prymitywna i zawodna, a Inkowie szybko przyzwyczaili się do huku i dymu.

Po drugie, Hiszpanie przywieźli ze sobą konie, nazywane „czołgami konkwisty”. Początkowo Indian paraliżował strach przed dwugłowymi stworzeniami (sądzili, że koń i jeździec stanowią jedność). Później przestali się ich bać, ale w bitwach nie potrafili powstrzymać natarcia kawalerii i to wielokrotnie przechylało szalę zwycięstwa na korzyść najeźdźców.

Po trzecie, przywleczone z Europy choroby zakaźne dziesiątkujące mieszkańców Nowego Świata. Największe spustoszenie siała ospa wietrzna (przywleczona najprawdopodobniej przez drugą wyprawę Kolumba), która wcześniej w Ameryce Południowej nie występowała. Kiedy Pizarro w Panamie snuł plany konkwisty, wirusy rozprzestrzeniały się coraz dalej na południe i przygotowywały grunt do podboju. Właśnie w czasie pierwszej epidemii ospy zmarł inkaski władca Huayna Capac. Pozostawił po sobie ogromne państwo i synów, którzy konkurowali o władzę.

A więc po czwarte, konflikty wewnętrzne w państwie Inków. W 1532 roku, kiedy Pizarro zorganizował kolejną już, trzecią wyprawę, okoliczności nie mogły być bardziej sprzyjające. Państwo było osłabione, właśnie zakończyła się wojna domowa. Atahualpa, syn zmarłego na ospę Inki, zdobył kontrolę nad imperium. Miał pod sobą ogromną, zaprawioną w boju armię, ale też wielu wrogów, bo w okrutny sposób zgładził brata Huascara i jego rodzinę. Huascar musiał patrzeć, jak oprawcy kolejno zabijają jego żony i dzieci. Mieszkańcy Cuzco, które zostało ograbione przez wojowników Atahualpy, przyjęli Hiszpanów jako sprzymierzeńców. Okrutna prawda jest taka, że Hiszpanie zwyciężyli Inków przede wszystkim rękoma swych indiańskich sojuszników.

Po piąte, paraliż decyzyjny po uwięzieniu Atahualpy. Hiszpanie, którzy przybyli na spotkanie z Inką do miasta Cajamarca, nie mieli drogi odwrotu. Gdyby na widok jego ogromnej armii obozującej wokół miasta okazali choćby cień strachu, konkwista byłaby zakończona. Musieli brnąć do przodu i liczyć na fortele i podstępy. Udało im się zorganizować zasadzkę i pojmać Atahualpę. Wykorzystali element kompletnego zaskoczenia i całkowicie sparaliżowali poczynania popleczników Inki. Z drugiej strony sprawili, że dotychczasowi jego przeciwnicy, których po zakończeniu wojny domowej nie brakowało, w konkwistadorach ujrzeli swych sojuszników.

Istniało jeszcze wiele innych czynników, które sprzyjały Europejczykom. Pizarro spotkał się z Hernando Cortezem, konkwistadorem, który wcześniej dokonał podboju Meksyku i z pewnością dostał cenne wskazówki. Ważna była mentalność, taktyka i organizacja, jaką Hiszpanie przeciwstawili tubylcom. Europejczycy potrafili pokonać przeciwnika, który miał przewagę liczebną. Walczyli, by zabijać. Inkowie z kolei podporządkowywali sobie sąsiednie terytoria unikając walki, która była ostatecznością. Być może zlekceważyli przybyszów, których liczba w porównaniu do stojącej w gotowości armii Atahualpy wydawała się niegroźna. Nie bez znaczenia jest też fakt, że konkwista była prywatnym przedsięwzięciem. Uczestnicy ponieśli ogromne koszty i nie mogli wracać z pustymi rękami. Stąd ich odwaga, determinacja i przebiegłość – po prostu postawili wszystko na jedną kartę i byli kompletnie owładnięci gorączką złota. Pizarro powiedział do swoich żołnierzy: „tam leży Peru ze swoim bogactwem, a tu Panama i jej bieda. Wybierajcie”. Wybrali Peru i niestety zwyciężyli.

Zderzenie cywilizacji europejskiej i południowoamerykańskiej obnażyło słabość militarną tej drugiej i na zawsze zmieniło bieg historii. Pomimo upływu niemal 500 lat, efekty tamtych wydarzeń wciąż są widoczne. Prawie cały kontynent mówi po hiszpańsku lub portugalsku. Wszystkie kraje regionu borykają się z problemem ogromnych nierówności społecznych. Aż trudno uwierzyć, że zaczęło się tak niewinnie – pewnego dnia do Peru przypłynęło 168 hiszpańskich żołnierzy…

Zdjęcia z podróży do Peru

Prezydent na medal

Ostatnie dni upływają pod znakiem Ukrainy. W sieci pojawiły się zdjęcia luksusowej rezydencji Janukowycza, w której były prezydent miał między innymi: replikę statku pirackiego, greckie ruiny, ogród zoologiczny i pole golfowe. Podczas gdy on pławił się w luksusie, zwykli ludzie biedowali. I zapewne wiele by dali, żeby mieć takiego przywódcę, jak Urugwaj. Poznajcie Jose Mujica.
Znany jako „najbiedniejszy prezydent na świecie”, José “Pepe” Mujica mieszka skromnie na małej farmie pod Montevideo, która zresztą należy do żony. Kiedy objął urząd głowy państwa w 2010 roku, odmówił przeprowadzki do pałacu prezydenckiego, który czekał na niego w stolicy. Jak sam mówi, do szczęścia nie potrzebuje zbyt wiele, dlatego 90% pensji (zarabia 12 tys. USD miesięcznie) oddaje na cele charytatywne. Podczas kiedy Janukowycz zgromadził wielką kolekcję luksusowych motocykli i samochodów, Mujica zadowala się starym Volkswagenem Garbusem. Obu prezydentów łączy jednak to, że wychowywali się w biedzie i odsiadywali wyroki w więzieniu.

„Pepe” Mujica w młodości był członkiem lewicowej partyzantki Tupamaros, inspirowanej przez rewolucję kubańską. Po przewrocie wojskowym w 1973, został aresztowany i trafił do więzienia wojskowego. W sumie za kratkami spędził 14 lat życia i jak twierdzi, był szczęśliwy, choć miał tylko materac do spania. „Szczęście od zawsze daje kilka rzeczy: miłość, rodzina, dzieci, przyjaciele. Biedni są nie ci, którzy mają mało, lecz ci, którzy potrzebują wiele” – powiedział Mujica. Po wyjściu na wolność w wyniku amnestii w 1985 roku, zaangażował się w politykę. Ukoronowaniem jego kariery były wygrane wybory prezydenckie. Gazety w innych krajach pisały: jak bardzo w lewo nowy prezydent popchnie Urugwaj? Okazało się, że nie bardzo, bo Mujica jest bardziej pragmatykiem niż socjalistą. Obecnie kraj cieszy się solidnym wzrostem gospodarczym (4.1%), niewysoką inflacją (6.6%) i jest jednym z najmniej skorumpowanych krajów świata. Ale ma też swoje problemy. Jednym z takich problemów są narkotyki. W jaki sposób prezydent zamierza go rozwiązać?

Otóż zamierza zalegalizować marihuanę i w ten sposób przejąć kontrolę od gangów narkotykowych. Za niecałe 2 miesiące Urugwaj stanie się pierwszym krajem na świecie, który zalegalizuje cały proces od uprawy, poprzez sprzedaż aż po konsumpcję. Od niedawna marihuanę można już legalnie uprawiać na własny użytek (maksymalnie 6 sztuk na rodzinę). Co ciekawe, większość mieszkańców jest przeciwko tak liberalnej polityce, obawiając się skutków tego eksperymentu. Z drugiej strony, Jose Mujica został niedawno nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla za decyzję o legalizacji marihuany w Urugwaju. Czy ma szansę ją wygrać? Wątpię, ale jak na prezydenta małego, liczącego 3.5 mln mieszkańców kraju, sam fakt, że został zauważony jest dużym sukcesem.
Na koniec, nasuwa mi się taka refleksja. Wiele osób, które znają świat tylko z telewizji, uważa odległe lub biedne kraje Azji, Afryki i Ameryki Południowej za „dzikie”. To znaczy obce, nieznane, z pewnością gorsze. A prawda jest taka, że gdybym Wam nakreślił sylwetki Pepe i Janukowycza, to nigdy byście nie odgadli, który z nich jest prezydentem „dzikiego” Urugwaju, a który „europejskiej” Ukrainy.

Najstarszy człowiek świata

Wiele razy pytałem kogoś w Peru czy w Boliwii o wiek najstarszej osoby rodzinie. W odpowiedzi zawsze słyszałem trzycyfrową liczbę. Żyjący w Andach ludzie podobno są długowieczni, ale trudno jest udowodnić datę urodzenia, bo najstarsi ludzie nie mają odpowiednich dokumentów. Dlatego z pewną rezerwą podchodzę informacji o ludziach żyjących w andyjskich wioskach po 110 czy 120 lat. Tym bardziej, że warunki panujące na dużych wysokościach są naprawdę trudne i to musi się odbijać na zdrowiu. Uboga dieta, ciężka praca, niskie temperatury i brak opieki medycznej. A może właśnie te czynniki powodują, że ludzie są zahartowani i żyją dłużej niż my, rozpieszczeni przez dobrobyt i zdobycze cywilizacji?
Oglądałem właśnie krótki filmik o być może najstarszym człowieku świata, który ma 123 lata i żyje w boliwijskiej wiosce oddalonej o niecałe 100km od La Paz. Jest Indianinem Ajmara, nazywa się Carmelo Flores Laura i doczekał się już 39 prawnuczek i prawnuków. Większość życia spędził w wiosce leżącej na wysokości 4000 metrów n.p.m. Niestety nie trafi do Księgi Rekordów Guinnessa, bo nie ma wymaganych dokumentów. W Boliwii świadectwa urodzenia zaczęto wydawać dopiero w 1940 roku, a Carmelo urodził się w 1890 roku. Taka data widnieje na jego akcie chrztu, ale to nie jest oficjalny dokument państwowy. Szkoda, bo gdyby wiek Indianina został potwierdzony, byłby on najstarszym człowiekiem na świecie. I to nie tylko żyjącym obecnie, ale w ogóle.
Jaka jest jego recepta na długowieczność? Takowej nie ma, ale warto zauważyć, że przez całe życie żuł liście koki, co jest rzeczą normalną wśród boliwijskich Indian. Nie chcę przez to powiedzieć, że liście koki dają zdrowie. Ale gdyby miały szkodzić, to Carmelo nie dożył by tak sędziwego wieku.