Najpiękniejsze trasy kolejowe Ameryki Południowej

DSC_0549_1W Ameryce Południowej nie istnieje tak rozbudowana sieć kolejowa jak w Europie. Nie oznacza to jednak, że miłośnicy podróży koleją nie mają tam czego szukać. Jest bowiem kilka perełek, na które warto zwrócić uwagę planując podróż. Oto kilka z nich:

1. Tren de los Nubes (Argentyna). Słynny “Pociąg do chmur” dawniej pokonywał całą trasę pomiędzy Antofagastą w Chile i Saltą w Argentynie. Obecnie kursuje już tylko pociąg turystyczny na małym, ale bardzo widokowym odcinku w pobliżu Salta. Dokładnie pomiędzy miasteczkiem San Antonio de los Cobres i spektakularnym wiaduktem La Polvorilla na wysokości 4200 metrów n.p.m. Podróż zajmuje około godziny w jedną stronę, potem postój 30 minut i powrót do San Antonio de los Cobres. Koszt to 1000 peso (około $70, cena dla obcokrajowców). Pociąg nie kursuje w porze deszczowej.

2. Villazon – Tupiza – Uyuni – Oruro (Boliwia). Trasa prowadzi od granicy z Argentyną aż po górnicze miasto Oruro, znane ze wspaniałego karnawału. W przeciwieństwie do pozostałych, nie jest to pociąg przeznaczony dla turystów. To oznacza niskie ceny (najtańszy ok. $10 na trasie Villazon – Uyuni) oraz bardzo autentyczną przygodę w towarzystwie Boliwijczyków. Jeśli podróżujesz z północnej Argentyny do Boliwii lub odwrotnie, warto wybrać ten środek transportu. Pociągi nie kursują codziennie, więc trzeba sprawdzić rozkład jazdy na stronie http://www.ticketsbolivia.com.bo. Przejazd tym pociągiem jest idealnym uzupełnieniem podróży po Boliwii, która jest najciekawszym i najbardziej autentycznym (moim skromnym zdaniem) krajem Ameryki Południowej.

3. Pociąg do Machu Picchu (Peru). Większość osób odwiedzających Peru chce zobaczyć zaginione miasto Inków, które jest jednym z „7 nowych cudów świata”. Ponieważ do miasteczka Machu Picchu Pueblo u podnóża ruin nie prowadzi żadna droga, ogromna większość turystów wybiera podróż pociągiem z Ollantaytambo. Niesamowicie widokowa trasa prowadzi głęboką doliną wzdłuż rzeki Urubamba w cieniu ośnieżonych 6-tysięczników. Jest obsługiwana przez dwie firmy (Peru Rail oraz Inca Rail), obie oferują turystyczne pociągi o różnym standardzie. Za najdroższy zapłacisz prawie $500, a za najtańszy niecałe $80. Mieszkańcy lokalnych wiosek podróżują pociągami przeznaczonymi tylko dla nich za ułamek ceny, ale niestety turyści nie mają do tych pociągów wstępu.

4. Centralna Kolej Transandyjska (Peru). Słynna kolej Malinowskiego z Limy do Huancayo, przez długie lata najwyżej położona na świecie, osiągająca 4818 metrów n.p.m w punkcie zwanym La Cima. Zbudowana po to, by umożliwić transport minerałów i żywności pomiędzy wybrzeżem i Andami. Geniusz polskiego inżyniera pozwolił na poprowadzenie linii kolejowej w bardzo trudnym terenie, co wymagało budowy szeregu obiektów inżynieryjnych. O legendarnej atrakcyjności tej trasy niech świadczy fakt, że w jej skład wchodzi 69 tuneli i 58 mostów! Obecnie kursują już tylko pociągi towarowe oraz turystyczne. Co prawda nieregularnie, ale średnio wypada 2 razy w miesiącu. Podróż zajmuje około 13 godzin i kosztuje niecałe $100 (druga klasa w jedną stronę).

5. Andean Explorer (Peru). Luksusowy pociąg firmy Belmond na trasie pomiędzy Cusco i Puno nad jeziorem Titicaca. Podróż trwa nieco ponad 10 godzin i osiąga najwyższy punkt na przełęczy La Raya (4319 metrów n.p.m.). Jest to pociąg przeznaczony dla turystów, co ma odzwierciedlenie w wysokim standardzie i oczywiście w cenie (ponad $200). Kolejny luksusowy pociąg firmy Belmond zostanie uruchomiony w maju 2017 roku na trasie Cusco – Puno – Arequipa. Będzie to pierwszy w Ameryce Południowej luksusowy pociąg sypialny. Podróż będzie trwała 3 dni, dzięki czemu turyści będą mogli podziwiać przepiękne krajobrazy andyjskie bez pośpiechu oraz będą mieli czas na zwiedzanie Jeziora Titicaca. Są to opcje dla zatwardziałych miłośników podróży koleją, bo tę samą trasę można pokonać szybciej i dużo taniej autobusem.

6. Guayaquil – Quito (Ekwador). Nazywana „najtrudniejszą trasą kolejową na świecie” ze względu na wyzwania, jakim musieli podołać konstruktorzy, a był to niesprzyjający klimat i wysokogórski teren oraz liczne osuwiska. Cała trasa licząca 446km została otwarta w 1908 roku i połączyła 2 największe miasta Ekwadoru. Kiedy kolej straciła na znaczeniu, niektóre odcinki zostały zamknięte, ale od 2013 roku znów można przejechać całą trasę specjalnym pociągiem turystycznym. Podróż trwa 4 dni i kosztuje $1450 (w cenie są posiłki, noclegi w hotelach i program towarzyszący). Jeśli przeraziła Cię ta cena, mam dobrą wiadomość. Są pociągi obsługujące poszczególne odcinki a ceny są przystępne. Wszystkie informacje można znaleźć na stronie http://www.trenecuador.com (po angielsku i hiszpańsku). Na przykład Alausi – Sibambe – Alausi kosztuje tylko $30. Jest to opcja często wybierana przez turystów, bo na tym odcinku pociąg pokonuje słynny Diabelski Nos (Nariz del Diablo). Ponieważ różnica wysokości wynosi 600 metrów a góra jest bardzo stroma, inżynierowie skonstruowali dwie zjeżdżalnie, czyli „zygzaki”. Pociąg zatrzymuje się tutaj na 15 minut, co pozwala na zrobienie zdjęć, po czym wraca do Alausi. Jeśli szukasz czegoś wyjątkowego, Diabelski Nos z pewnością spełni Twoje oczekiwania.

Powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich możliwości podróży koleją po Ameryce Południowej. Można ją potraktować jako inspirację albo punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.

Reklamy

Straszna Zika

Właśnie rozmawiałem z koleżanką, która zapytała mnie, czy nie lecę czasami do Brazylii.
– Nie, a dlaczego? – zapytałem.
– Nie słyszałeś? Tam panuje ten straszny wirus!
– Jaki wirus? – dopytuję, choć już wiem o co chodzi.
– Z i k a!

Oczywiście słyszałem, czytałem i nawet zastanawiałem się nad tym, jak zika wpłynie na moją pracę pilota wycieczek. Jak to zwykle bywa, ktoś coś usłyszy, przeczyta, a jak już padnie słowo „wirus” to znaczy że koniec, śmierć pewna i tylko czekać kiedy straszna zika zawita do Polski. Dlatego postanowiłem przypomnieć o kilku faktach, które mają znaczenie dla osób wybierających się do Ameryki Łacińkiej.

1. Wirus zika jest przenoszony przez niektóre gatunki komarów (które nie występują w Polsce). W Afryce był znany od dawna, ale dopiero w maju 2015 roku nagle stwierdzono dużą liczbę zachorowań w Brazylii. Od tamtej pory liczba zachorowań szybko rośnie. W tropikalnych regionach Ameryki może być nawet milion zarażonych.

2. Wirusem zika można się zarazić przez ugryzienie komara, jednak stwierdzono też pojedyncze przypadki zarażenia poprzez transfuzję krwi i stosunek płciowy. To oznacza, że sporadycznie choroba może się pojawić w krajach, gdzie nie występują komary roznoszące wirusa zika, na przykład w Polsce.

3. Infekcja nie wywołuje prawie żadnych symptomów i nie powoduje dużych szkód w organizmie. 80% chorych przechodzi chorobę bezobjawowo, a pozostali mają objawy podobne do przeziębienia. Dlatego naukowcy nie martwią się samym wirusem, a raczej jego wpływem na rozwój płodu, jeżeli zarażona zostanie ciężarna kobieta.

4. Wirus zika wiąże się z nagłym wzrostem liczby zachorowań na mikrocefalię (małogłowie) w Brazylii. Naukowcy nie są jednak pewni, czy to właśnie ten wirus jest przyczyną. Może się okazać, że wirus nie ma nic wspólnego z mikrocefalią, ale jak do tej pory wszystkie dowody wskazują właśnie na niego.

5. Ponieważ wirus jest groźny dla kobiet w ciąży, powinny one unikać podróży do większości krajów Ameryki Południowej i Centralnej. Kobiety w wieku rozrodczym, które podróżują w tamte rejony, powinny zabezpieczać się przed nieplanowaną ciążą. Zarówno w czasie podróży jak i przez 4 tygodnie po powrocie do domu (na wszelki wypadek, bo okres inkubacji wirusa wynosi od trzech do dwunastu dni). Brytyjczycy zalecają podróżnym używanie prezerwatyw po powrocie do kraju z tropikalnych wycieczek.

6. Nie ma jeszcze szczepionki na wirus zika. Dlatego jedyne, co możemy zrobić, to nie dać się ugryźć komarowi z gatunku Aedes aegypt lub Aedes albopictus. Te komary żyją w krajach tropikalnych i mogą roznosić różne choroby, oprócz zika również dengę czy żółtą gorączkę. Oczywiście nie każdy komar jest zarażony, więc ugyzienie nie jest równoznaczne z zachorowaniem.

Reasumując, wirus zika jest stosunkowo niegroźny dla turystów podróżujących do krajów Ameryki Południowej. Jedynie kobiety planujące lub będące w ciąży powinny zdecydowanie odłożyć podróż, bo tylko one (a właściwie ich dzieci) mogą poważnie zachorować. Pozostałe osoby, nawet jeśli będą ugryzione przez komara, nawet jeśli zachorują, to prawdopodobnie nic nie zauważą. W najgorszym wypadku przeciętny człowiek co najwyżej przeleży tydzień w łóżku. Już bardziej bym się obawiał zachorowania na malarię czy dengę. Ja sam w zeszłym roku w Brazylii spędziłem ponad miesiąc i ani razu nie ugryzł mnie komar. W krajach tropikalnych zawsze jest ryzyko związane z chorobami, które u nas nie występują. Rozsądny podróżnik podejmuje środki zapobiegawcze, szczepi się i zabezpiecza przed komarami. To powinno w zupełności wystarczyć.

Antarktyda – porady praktyczne

62_Antarktyda_Antarctica_Portal_Point_penguinsZdjęcia i relacja z podróży na Antarktydę
Wyprawa na Antarktydę jest marzeniem niejednego podróżnika. W sezonie 2014 – 2015 trochę ponad 60 tysięcy osób spełniło to marzenie. W tym zaledwie 76 osób z Polski. Większość z nich, podobnie jak ja, na Antarktydę wyruszyła z argentyńskiego portu Ushuaia. Rejs statkiem trwał 11 dni, co dało 5 pełnych dni w samej Antarktyce (czyli Antarktyda plus wyspy). Ponieważ w polskim internecie nie ma zbyt wielu informacji praktycznych na temat Antarktydy, a jest to miejsce tak wyjątkowe i tak trudno dostępne, postanowiłem napisać poniższy post. Mam nadzieję, że pomoże Wam w realizacji wielkiego marzenia, jakim jest odwiedzenie Antarktydy.

– Jak się tam dostać?
Zakładam, że interesuje Cię wyprawa turystyczna, a nie wyczynowa, bo to jest zupełnie inny temat. Ogólnie mówiąc, są dwie możliwości: rejs statkiem albo przelot samolotem. Przeważająca większość turystów decyduje się na statek. Ta druga opcja jest droższa i wchodzi w grę, jeśli masz zamiar po prostu postawić stopę na Antarktydzie i wrócić. Takie loty od grudnia 2015 oferuje firma Antarctic Logistics & Expeditions LLC. Wygląda to tak: start z Punta Arenas (Chile), po 4 godzinach lotu lądowanie na lodowcu Union, krótki pobyt i tego samego dnia powrót do Punta Arenas. Można też spędzić na kontynencie kilka dni, polecieć na biegun południowy i wrócić, ale ceny są kosmiczne. Chyba, że zadowolisz się tylko oglądaniem Antarktydy. Widokowe loty nad Antarktydą organizuje firma Antarcticaflights a ceny zaczynają się od 1200 USD. Ale uwaga – wylot jest z Australii. Jest jeszcze opcja pośrednia, czyli przelot samolotem z Punta Arenas do Frei Station (Wyspa Króla Jerzego, Szetlandy Południowe) i dopiero tam rejs statkiem. Ta kombinacja firmy Antarctica XXI oznacza, że turysta omija wzburzone wody Cieśniny Drake’a i oszczędza 4 dni. Minus jest taki, że loty mogą być opóźnione ze względu na pogodę.

Nie bez powodu ogromna większość turystów decyduje się na rejs statkiem. Przed wszystkim, statek dociera do miejsc najbardziej atrakcyjnych widokowo i przyrodniczo. Trzeba pamiętać, że przeważająca część powierzchni Antarktydy to płaska, lodowa pustynia. Dlatego zwykle rejs koncentruje się na spektakularnym Półwyspie Antarktycznym oraz na okolicznych wyspach. Tam można zobaczyć strzeliste góry, ogromne lodowce i wielotysięczne kolonie pingwinów. Statek nie jest tak bardzo uzależniony od pogody jak samolot, a poza tym jest to też wariant najtańszy. Wystarczy rzut oka na mapę i od razu widać, że argentyńskie miasto Ushuaia to port położony najbliżej Antarktydy. Dlatego w praktyce 90% rejsów wyrusza właśnie z Ziemi Ognistej. Wyprawa rozpoczynająca się w Australii czy Nowej Zelandii też jest możliwa, ale dla turysty z Polski nie ma sensu.

Wspomnę jeszcze o innych możliwościach dotarcia na Antarktydę. Pływają tam statki towarowe, które za opłatą zabierają turystów. Trzeba jednak pamiętać, że trasa, którą pokonuje taki statek nie zawsze prowadzi do najciekawszych rejonów, a możliwości zejścia na ląd są bardzo ograniczone. Jeśli już poświęcać czas i pieniądze, to raz a porządnie. Pływają też prywatne jachty, które czasami potrzebują kogoś do pomocy. Spotkałem kiedyś dziewczynę, która przypadkiem poznała odpowiednich ludzi i z nimi popłynęła. Są to jednak wyjątkowe sytuacje, a poza tym trzeba mieć doświadczenie żeglarskie. Reasumując, moim zdaniem najlepiej wybrać rejs statkiem turystycznym z Ushuaia.

– Co warto zobaczyć? Jaki rejs wybrać?
Klasyczna trasa obejmuje Półwysep Antarktyczny oraz Szetlandy Południowe i to naprawdę wystarczy. Jednak każdy, kto dysponuje odpowiednią ilością gotówki i czasu powinien pomyśleć o dłuższym rejsie obejmującym również Falklandy i Georgię Południową. Tam można zobaczyć o wiele więcej fok, a także więcej gatunków pingwinów (w tym wspaniałe pingwiny królewskie i złotoczube). W trakcie klasycznego rejsu z pewnością zobaczysz 3 gatunki pingwinów: białobrewy, adeli i maskowy. Te, których prawdopodobnie nie zobaczysz to pingwin królewski i cesarski, czyli te największe. Nawiasem mówiąc, ostatnio pingwiny królewskie założyły kolonię na Ziemi Ognistej. Dokładnie w części chilijskiej, w okolicach Porvenir.

– Jak długo trwa rejs?
Najkrótszy rejs z Ushuaia trwa 10 dni, co daje 4 pełne dni w Antarktyce. Pierwszy i ostatni dzień to jest tylko wejście i zejście ze statku. Standardowy rejs trwa 11 – 12 dni. Rejsy obejmujące Falklandy i Południową Georgię trwają około trzech tygodni.

– Jaki statek wybrać?
Do wyboru są statki o różnej wielkości i różnym standardzie. Mają wzmocnione kadłuby, ale nie są to lodołamacze (okazjonalnie lodołamacze też pływają). Według danych, jakie znalazłem na Antarktydę regularnie pływa około 15 statków ekspedycyjnych i 10 statków luksusowych. Oprócz tego możliwe są rejsy organizowane na mniejszych jednostkach, które wynajmuje się samemu wraz z załogą. Na Antarktydę pływa też polski jacht Selma z bardzo doświadczoną załogą.

Statki najczęściej zabierają na pokład od 50 do 200 osób. Są też większe jednostki, a nawet duże wycieczkowce zabierające ponad 500 osób, ale tam nie ma możliwości zejścia na ląd. Statki luksusowe są oczywiście świetnie wyposażone, oferują komfort i obsługę na najwyższym poziomie. Za tym wszystkim idzie jednak bardzo wysoka cena. Wybór między statkiem ekspedycyjnym a luksusowym zależy tylko od grubości portfela. Niektóre statki dają możliwość wykupienia dodatkowych atrakcji, takich jak nurkowanie, trekking, pływanie kajakiem czy nocleg w namiocie (moim zdaniem warto wykupić te opcjonalne wycieczki). Trzeba zwrócić uwagę na wielkość statku. Na pierwszy rzut oka, lepiej wybrać duży statek. Te mniejsze nie dają tyle komfortu, szczególnie w czasie rejsu przez wzburzoną Cieśninę Drake’a. Na dużym jest więcej miejsca i więcej możliwości spędzenia wolnego czasu. Ale jest jeden poważny minus. W czasie rejsu na ląd może zejść jednorazowo maksymalnie 100 osób. To powoduje, że większe statki dzielą pasażerów na 2 grupy. Czyli pobyt na lądzie jest ograniczony, bo grupy muszą się zmieniać. Dlatego moim zdaniem lepiej wybrać statek, który zabiera mniej niż 100 osób.

– Ile to kosztuje?
Antarktyda jest i zawsze będzie bardzo droga. Ceny idą w górę, bo podaż nie nadąża za popytem. Te sprzed kilku lat są już nieaktualne. Kiedyś pływał praktycznie tylko bogaty Zachód. Teraz pojawiła się reszta świata, w tym coraz więcej Chińczyków.

Koszt wyprawy jest uzależniony od długości rejsu, terminu, standardu kabiny i oczywiście samego statku. Dlatego rozpiętość cen jest ogromna. Klasyczny rejs trwający 10 dni kosztuje od 5000 USD w górę. To jest cena za najkrótszy rejs w najmniej atrakcyjnym terminie i miejsce w najtańszej kabinie na najtańszym statku. Realnie trzeba przeznaczyć przynajmniej 6000 USD. Jeśli myślisz o rejsie w atrakcyjnym terminie, jednym z tańszych statków, przygotuj około 7 – 8 tysięcy dolarów. Do tego obowiązkowe napiwki, wynoszące około 15 USD za dzień rejsu. Plus oczywiście wszystkie koszty związane z przelotami do Ushuaia i pobycie w tym mieście.

Rejsy ze średniej półki to wydatek ponad 10 tysięcy dolarów, a najdroższe sięgają 50 tysięcy i więcej. Niektóre z nich to są długie wyprawy luksusowymi statkami w rzadko odwiedzane rejony. Niektóre mają na pokładzie nawet helikoptery! Zwykłe trasy też potrafią być drogie, jeśli wybierzemy luksusowy statek. Żeby nie być gołosłownym, Le Lyrial oferuje klasyczny rejs 12-to dniowy na początku 2017 roku w cenie 35 tysięcy dolarów (miejsce w najdroższej kabinie). Dłuższa, 17-to dniowa trasa z Falklandami i Georgią Południową kosztuje 46 tysięcy dolarów. Choć wyprawa rusza dopiero za rok, wszystkie miejsca są już wykupione!

– Jak szukać i rezerwować?
W dzisiejszych czasach, wszystko jest w internecie. Wystarczy w wyszukiwarce wpisać „cruise antarctica” i od razu wyświetlą się odpowiednie strony. Warto trochę poszukać, porównać terminy i oferty. Dość czytelna jest strona http://www.expeditionsonline.com oraz http://www.polarcruises.com. Jednym z najtańszych statków (ale z dobrymi opiniami) jest MV Ushuaia, zabierający na pokład 84 pasażerów. Terminy i ceny można sprawdzić na oficjalnej stronie http://www.antarpply.com. Jeśli wolisz wykupić gotową wycieczkę z wylotem z Polski i opieką polskojęzycznego pilota, warto zwrócić uwagę na ofertę biura podróży LogosTour (z którym współpracuję).

– A może last minute?
Moim zdaniem, lepiej jest poszukać dobrej oferty first minute. Wiele firm oferuje tzw. „early booking discount”. Taką wyprawę trzeba zaplanować z dużym, najlepiej rocznym wyprzedzeniem. Ofery last minute mogę polecić tym, którzy mają dużo czasu (warunek konieczny). Komuś, kto podróżuje po Ameryce Południowej i jest skłonny czekać na okazję. Niestety osób, które polują na okazje jest dużo, a miejsca na statkach są z reguły wykupione z dużym wyprzedzeniem. Czasami jednak zdarzają się wolne łóżka, a czasami pasażer z różnych względów nie pojawia się w porcie na czas. Wtedy można „ustrzelić” okazję.

Jeśli myślisz, że popłyniesz za mniej niż 3000 USD to jesteś w błędzie. Nie słyszałem o takich ofertach (choć nie wykluczam, że się zdarzają). Jeśli trafisz na cokolwiek poniżej 4000 USD, bierz bez zastanowienia. Najtańsze rejsy nie są w ogóle przeceniane, albo tylko trochę. Te droższe owszem są, czasami nawet o 50%, ale przy cenie wyjściowej 10 000 USD, i tak trzeba sporo zapłacić. Polowanie na last minute nie oznacza, że popłyniesz za mniej niż 4 000 USD, tylko że przy odrobinie szczęścia popłyniesz przykładowo za 8 000 USD w kabinie wartej 10 000 USD. To może oznaczać więcej odwiedzonych miejsc, większy komfort, kabinę z łazienką i dużym oknem, otwarty bar czy napiwki ujęte w cenie.

Jedna ważna uwaga dotycząca last minute – nie musisz być w Ushuaia, żeby szukać okazji. Miasto jest bardzo przyjemne, ale też drogie ze względu na swoje położenie „na końcu świata”. Możesz podróżować po Argentynie i czekać na last minute. Wystarczy wysłać zapytanie emailem do jednej z agencji w Ushuaia (na przykład http://www.ushuaiaturismoevt.com.ar), a oni będą szukać i poinformują Cię, jeśli coś się pojawi. To może być na 2 – 3 tygodnie przed rejsem, co daje dużo czasu na dotarcie do Ziemi Ognistej. Kup argentyńską kartę SIM i czekaj na telefon.

Jeśli chcesz polecieć z Polski do Ushuaia i tam szukać okazji, to musisz liczyć się z porażką. Nie chodzi o to, że nie będzie żadnych ofert. One być może będą, ale jak pisałem wcześniej, nawet po przecenie trzeba sporo zapłacić. Znam kilka osób, które niedawno w ten sposób straciły kilka dni i zrezygnowały. Z drugiej strony w internecie można znaleźć relacje tych, którym się udało. Wszystko zależy od Twojej skłonności do ryzyka i czasu, jakim dysponujesz. I jeszcze jedna uwaga: jeśli posiedzisz w Ushuaia tydzień i uda Ci się kupić rejs przeceniony o 500 USD, to finansowo wychodzisz na zero, bo wydasz na hotel, jedzenie itd. Ale w sumie jesteś na minusie, bo „czas to pieniądz”.

– Kiedy pojechać?
Sezon turystyczny trwa od listopada do marca. Można go podzielić na 3 okresy:

– listopad i początek grudnia (późna wiosna/wczesne lato). W tym okresie pingwiny łączą się w pary, budują gniazda i składają jajka. Można zobaczyć pingwiny noszące kamienie do budowy gniazd i odbywające rytuały godowe. Jest jeszcze dużo śniegu, jest biało i pięknie. Ale z drugiej strony niektóre miejsca mogą być niedostępne ze względu na dużą ilość lodu.

– druga połowa grudnia i styczeń (środek lata). Jest to najlepsza pora, by odwiedzić Antarktykę. Można się cieszyć z długiego dnia i stosunkowo wysokich temperatur. Jest mniej lodu, a szanse na dobrą pogodę są większe. Wylęgają się malutkie pingwinki. Minusy są dwa: zamiast śniegu pojawia się błoto, a ceny rejsów są o co najmniej 1000 USD wyższe.

– luty i marzec (późne lato). Jest to najlepszy czas, żeby oglądać wieloryby i foki. Lodu jest jeszcze mniej i statki mogą popłynąć dalej na południe. Małe pingwiny zmieniają upierzenie, ale już w marcu opuszczają swoje kolonie. To powoduje, że pod koniec sezonu pingwinów jest coraz mniej.

– Jakie tam są temperatury?
Najniższa temperatura zarejestrowana na Antarktydzie to -89°C (rosyjska stacja Wostok). Niech Cię to nie odstrasza, bo Antarktyda jest większa od Europy i zupełnie inne temperatury panują w miejscach odwiedzanych przez turystów. Zazwyczaj jest to Półwysep Antarktyczny oraz Szetlandy Południowe. Większość statków nie przekracza nawet koła podbiegunowego. Ponadto rejsy turystyczne odbywają się od listopada do marca, czyli w czasie antarktycznego lata, kiedy jest najcieplej. Temperatury zazwyczaj oscylują koło 0°C, choć równie dobrze mogą wzrosnąć do +10°C albo spaść do -10°C, szczególnie na początku i na końcu sezonu. W czasie mojego rejsu pod koniec listopada najczęściej chodziłem po mokrym śniegu, czyli temperatura była dodatnia. Najniższa temperatura to było -6°C, choć odczuwalna była niższa ze względu na wiatr. Podsumowując, jeśli nie jest Ci straszna zima w Polsce, to nie musisz się obawiać lata na Antarktydzie.

– Co zabrać?
Jeśli chodzi o pieniądze, to najlepiej dolary. Na statkach można płacić kartą kredytową, ale nie wszystkie są akceptowane (dokładne informacje uczestnicy rejsu dostają z wyprzedzeniem). Napiwki trzeba uregulować gotówką (około 15 USD za dzień rejsu, chyba, że są już ujęte w cenie).

Do ubrania trzeba zabrać ciepłą czapkę i najlepiej dwie pary rękawiczek. Jedne ciepłe (narciarskie) a drugie cienkie, bo inaczej ciężko jest operować aparatem czy kamerą. Jeśli masz po dwie pary to weź, bo rękawiczki szybko przemakają i dobrze mieć coś na zmianę. Bardzo przydatny jest buff, który można założyć na głowę, gdy jest cieplej albo na szyję zamiast szalika (polecam nie tylko na Antarktydę). Jeśli masz gogle, koniecznie je zabierz. W czasie złej pogody ochronią twarz i oczy. Ubieramy się na cebulkę. Trzeba również pamiętać, że na statku trudo jest coś uprać czy nawet wysuszyć, jeśli ubranie przemoknie. Dlatego bardziej sprawdza się ubranie syntetyczne niż bawełna (szybciej schnie). Weź polar i kalesony, a zapomnij o dżinsach. Są grube i ciężkie, ale wcale nie są ciepłe. Najlepiej ubierać spodnie narciarskie. Do chodzenia po statku dobrze mieć mieć buty sportowe (kiedy buja) i wygodne klapki.

Na pewno przyda się mały plecak, bo wchodząc na zodiak trzeba mieć obie ręce wolne. Sprzęt fotograficzny będzie narażony na deszcz i śnieg, ale w moim przypadku zwykła lustrzanka Nikon 5100 się sprawdziła. Nie wolno zabierać reklamówek na ląd, bo mogą zostać porwane przez wiatr. Ja przywiązałem reklamówkę do pokrowca na aparat i to zostało zaakceptowane. Jeśli masz osłonę na obiektyw czy filtr polaryzacyjny, nie zapomnij ich zabrać. Filtr polaryzacyjny przyda się tylko przy fotografowaniu gór lodowych, aby pokazać to, co jest pod wodą. Przy słonecznej pogodzie filtra lepiej unikać, bo niebo wyjdzie czarne. Teleobiektyw też warto mieć, aby zrobić zbliżenia zwierząt i ptaków. Aparat czy kamerka podwodna, taka jak coraz bardziej popularna GoPro, bardzo się przyda w czasie złej pogody. Pozwoli też sfilmować góry lodowe, pingwiny czy foki pod wodą. Przyda się sprzęt do zgrywania zdjęć i filmów oraz kilka kart pamięci. Nie polecam jednej, dużej karty pamięci, bo gdyby odmówiła posłuszeństwa, wszystko przepadnie.

Kiedy świeci słońce, trzeba się posmarować kremem z filtrem. Promienie słoneczne odbijają się od śniegu i pomimo zimna szybko opalają (kto jeździ na nartach, ten wie o czym mówię). Z tego powodu przydadzą się również okulary przeciwsłoneczne.

– Czy potrzebuję specjalnego sprzętu?
Większość osób nie będzie musiała niczego kupować, bo w Polsce każdy ma ciepłe ubranie na zimę. Oprócz tego, co opisałem powyżej, potrzebna jest nieprzemakalna kurtka z kapturem i spodnie. Szczególnie spodnie są ważne, bo na zodiaku jest mokro. Jeśli chodzi o buty, na ląd zawsze schodzimy w kaloszach, dlatego buty trekkingowe nie są niezbędne. Kalosze powinny być dostępne na statku, choć na pewno lepiej mieć własne. Jeśli kalosze nie są ocieplone, trzeba mieć grube, ciepłe skarpety. Zawsze możesz skorzystać z jeden z licznych wypożyczalni w Ushuaia i zaopatrzyć się w to, czego Ci brakuje.

– Czy można zabrać drona?
Prawdopodobnie nie, ale koniecznie zapytaj o to organizatora rejsu. W tym sezonie (2015 – 2016) rekreacyjne używanie dronów jest zabronione. Decyzja odnośnie sezonu 2016 – 2017 nie została jeszcze podjęta.

– Czy są ograniczenia wiekowe lub zdrowotne?
Niektóre statki zabierają osoby w wieku co najmniej 16 lat. Górnej granicy nie ma. Ponad połowę turystów w tamtym rejonie stanowią osoby, które przekroczyły sześćdziesiąty rok życia. Aby wziąć udział w wyprawie na Antarktydę, trzeba mieć dobry ogólny stan zdrowia i być sprawnym fizycznie. Nie chodzi o bieganie maratonów, ale o to, by być w stanie wejść na zodiak i chodzić po pochyłym terenie. Wszyscy uczestnicy rejsu muszą wypełnić indywidualny formularz medyczny. Na każdym statku jest lekarz, ale trzeba pamiętać, że w razie poważnej choroby możliwości pomocy medycznej są bardzo ograniczone, a do najbliższego szpitala może być kilka dni drogi.

– Jakich formalności trzeba dopełnić?
Argentyna nie wymaga wiz od obywateli Polski. Na lotnisku turysta dostaje pieczątkę uprawniającą do pobytu maksymalnie 90 dni (podobnie jest w Chile). Potrzebny jest tylko paszport ważny minimum 6 miesięcy od planowanej daty wyjazdu. Nie ma restrykcji jeśli chodzi o Antarktydę. Każdy uczestnik rejsu wypełnia formularz zdrowotny, wysyłany do uczestników przed rejsem.

– Jak z ubezpieczeniem?
Organizator rejsu poinformuje Cię o tym, jakie ubezpieczenie jest wymagane. Niektórzy touroperatorzy mają ubezpieczenie w cenie rejsu, inni wymagają od pasażerów indywidualnej polisy. Zwykłe ubezpieczenie podróżne nie pokryje astronomicznych kosztów ewakuacji z Antarktydy, gdyby takowa była konieczna. Zwróć uwagę na wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela, bo może się okazać, że ubezpieczenie nie obejmuje aktywności poza statkiem.

– Czy powinienem obawiać się choroby morskiej?
Nie, bo od tego się nie umiera. Pokonanie wzburzonych wód Cieśniny Drake’a zajmuje 2 dni w każdą stronę. Objawy choroby morskiej zazwyczaj są „leczone” darmowo przez lekarza na pokładzie statku. Pasażerowie są informowani o tym, kiedy należy połknąć tabletkę. Jeśli nie skutkuje, lekarz daje mocniejszą. Można też samemu zastosować plastry Scopoderm, które zwalczają chorobę lokomocyjną. Przyklejony do skóry plaster stopniowo uwalnia substancję zwaną hioscyną, która ma działanie przeciwwymiotne. Sęk w tym, że w Argentynie nie sprzedaje się tego leku. Jeśli boisz się choroby morskiej, popytaj w aptece jeszcze w Polsce. Dodam, że obsługa na statku w większości zabezpieczała się plastrami kupionymi w Chile.

– Jak jest z komunikacją w czasie rejsu?
Telefony komórkowe nie mają zasięgu. Podobno można złapać zasięg w pobliżu niektórych stacji badawczych, ale mi się nie udało. Na statkach jest do dyspozycji telefon satelitarny oraz internet, ale koszt połączenia jest wysoki. Na MV Ushuaia w 2015 roku telefon kosztował 4 USD/min. Internet 10 USD za 30 min. Luksusowy statek może mieć darmowy Wi-Fi.

– Lepiej indywidualnie czy z biurem podróży?
Jeśli masz czas i poruszasz się sprawnie w hiszpańsko- lub angielskojęzycznym internecie, bez trudu sam zorganizujesz sobie wyprawę na Antarktydę. Zarezerwuj przelot do Buenos Aires, a stamtąd liniami Aerolinias Argentinas do Ushuaia. Jeśli masz zamiar podróżować po Argentynie, sprawdź, czy nie warto kupić „air pass” w Aerolinias Argentinas. Weź pod uwagę, że loty mogą być opóźnione. W Ushuaia będzie czekał statek, który wcześniej zarezerwowałeś lub poszukasz oferty last minute (weź pod uwagę to, co wcześniej napisałem o last minute). W sezonie letnim w Ushuaia jest duże obłożenie hoteli i hosteli, dlatego warto zarezerwować wcześniej. To samo się tyczy transportu. Na statku wszystkie świadczenia są w cenie i już o nic nie musisz się martwić. Jeśli zastanawiasz się nad zorganizowaną wycieczką, sprawdź ofertę biura podróży LogosTour. Od lat współpracuję z tym biurem jako pilot wycieczek i z całą pewnością wiem, że jest godne polecania.

Mam nadzieję, że powyższe porady będą pomocne i serdecznie życzę wspaniałej podróży! Koniecznie obejrzyj zdjęcia z podróży na Antarktydę

Co się dzieje z Brazylią?

Słowo „kryzys” słyszymy niemal codziennie od kilku lat i chyba się już przyzwyczailiśmy. Jednak ten kryzys, o którym chcę napisać, dotyka dużego i ważnego kraju. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że wszystko jest i będzie dobrze. Pamiętam, kiedy na wycieczkach, które prowadzę jako pilot opowiadałem o sukcesach Brazylii pod rządami poprzedniego prezydenta Luli. Od kiedy skończył drugą kadencję i odszedł w 2011 roku, wszystko zaczęło się psuć.

Na pierwszy rzut oka, Brazylijczycy powinni spodziewać się pomyślnego roku 2016. Zbliża się karnawał (luty) a potem Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro (sierpień). Jeśli ktoś potrafi urządzać wielką zabawę, to właśnie Brazylijczycy. Z powodzeniem robią to co roku. Powinni być dumni, że po raz pierwszy w historii największa impreza sportowa świata zawita do Ameryki Południowej. W parze z Mundialem w 2014 roku miała zapewnić brazylijskiej gospodarce stabilny wzrost przez kilka lat. Ale tak się nie stało. Co gorsza, wygląda na to, że kraj stoi u progu gospodarczej i politycznej katastrofy. Agencje ratingowe obniżają ocenę wiarygodności kredytowej do poziomu śmieciowego. Rok 2015 dla gospodarki Brazylii zakończył się recesją, a prognozy na ten rok zakładają spadek PKB o 2.5-3% . Rok temu dolar kosztował 2.6 brazylijskich reali, dziś kosztuje ponad 4 reale. Rządząca koalicja zupełnie straciła wiarygodność w obliczu gigantycznego skandalu korupcyjnego w największej państwowej spółce Petrobras. Do tego w Kongresie szykuje się impeachment Pani Prezydent Dilmy Rousseff, która zaledwie rok temu rozpoczęła drugą kadencję.

Problemy Brazylii wynikają częściowo ze spadku cen surowców na globalnym rynku. Ale nie byłoby tak źle, gdyby Pani Rousseff i jej Partia Pracy nie zwiększała wydatków socjalnych, które bardzo powiększyły deficyt budżetowy. Weźmy emerytury – najniższa emerytura jest taka sama jak minimalna płaca. Nic dziwnego, że większość kobiet przestaje pracować w wieku 50 lat, a mężczyzn w wieku 55 lat. Przepisy pozwalają przechodzić na emeryturę po przepracowaniu odpowiednio 30 i 35 lat. Bardzo trudno jest odebrać przywileje, nawet gdy nie ma środków na ich dalsze finansowanie. Brazylijski skomplikowany system polityczny nie ułatwia podejmowania trudnych decyzji. Niskie progi wyborcze powodują, że do Kongresu wchodzi zbyt dużo partii (obecnie 28). To z kolei bardzo utrudnia znalezienie kompromisu.

Poprzedni prezydent Lula da Silva również zwiększał wydatki socjalne. Ale zrobił to w taki sposób, że za jego dwóch kadencji 20 mln Brazylijczyków wyszło z biedy i zasiliło klasę średnią. To było wielkie osiągnięcie. Pochodził z klasy robotniczej i rozumiał potrzeby najbiedniejszych. Dilma Rousseff, którą zresztą sam namaścił na swojego następcę, nie potrafi kontynuować tej mądrej polityki. Ponieważ większość długu brazylijskiego jest w lokalnej walucie, raczej nie dojdzie do bankructwa. Prawdopodobnie dług będzie powoli topniał wraz z rosnącą inflacją (około 9% w 2015). Z punktu widzenia turysty, wzrost cen jak na razie nie jest odczuwalny, bo z nawiązką rekompensuje go spadek wartości brazylijskiego reala. Jeśli pojedziesz do Brazylii teraz, to na pewno wydasz mniej niż rok temu.

Podniebne metro w La Paz

Podniebne_metro_La_PazOstatnio miałem przyjemność przejechać się niezwykłym metrem w La Paz, stolicy Boliwii. Gwoli ścisłości od razu dodam, że konstytucyjną stolicą jest Sucre, ale faktyczną właśnie La Paz. A dlaczego niezwykłym? Dlatego, że funkcję metra pełni kolejka linowa, która od zeszłego roku funkcjonuje w tym mieście. Jest to największy taki system na świecie, składający się na razie z 3 linii, ale już trwają prace nad kolejnymi sześcioma liniami. Wszystko po to, by połączyć ze sobą nie tylko poszczególne dzielnice La Paz, ale również sąsiadujące ze stolicą miasto El Alto. Mieszka tam w sumie około 1,6 miliona mieszkańców, a 350 tysięcy każdego dnia podróżuje pomiędzy obydwoma miastami. Do tej pory nie była to podróż ani łatwa, ani przyjemna. Winna jest topografia terenu, bo La Paz leży w głębokiej dolinie, a El Alto na płaskowyżu bezpośrednio nad La Paz. Drogi łączące oba miasta są kręte i wąskie, bo inaczej po prostu się nie da. Pojawienie się kolejki linowej to była prawdziwa rewolucja, która na dobrą sprawę dopiero się zaczęła.

Pomysł podniebnego metra pojawił się już dawno, bo w latach 70. ubiegłego wieku. Ale wtedy na planach się skończyło. Sprawa kolejki linowej łączącej La Paz z El Alto powróciła ponownie w latach 90. Niestety, nie udało się rozwiązać kilku spornych kwestii, takich jak wysokich cen biletów i małej przepustowości planowanej kolejki. Wielu osobom nie podobało się też, że stacja miała powstać obok bazyliki św. Franciszka. Ponadto jedna z partii politycznych protestowała przeciwko spodziewanej utracie miejsc pracy wśród kierowców komunikacji publicznej i utracie prywatności w domach, nad którymi miały jeździć wagoniki. Jednak projekt powracał jak bumerang, bo z czasem usprawnienie transportu pomiędzy La Paz i El Alto stawało się wręcz niezbędne. Coraz większa liczba samochodów powodowała korki, zanieczyszczenie i hałas. Na podróż mieszkańcy przeznaczali coraz więcej czasu i pieniędzy. Ponadto rosło zużycie benzyny, która w Boliwiii jest mocno subsydiowana. Dlatego w 2012 roku prezydent Boliwii Evo Morales przeforsował w parlamencie odpowiednią ustawę i zaprosił do współpracy burmistrzów miasta La Paz i El Alto, a także gubernatora całego departamentu. Ponieważ miasta nie były w stanie udźwignąć ogromnych kosztów, kolejka została sfinansowana z budżetu państwa i prace w końcu ruszyły. Realizacją ambitnego projektu zajęła się austriacka firma Doppelmayr. Pierwsza z trzech obecnie funkcjonujących linii została otwarta w maju 2014 roku i od razu zdobyła ogromną popularność. Nowoczesne wagoniki mieszczące 10 osób dają możliwość nie tylko szybkiej i komfortowej podróży, ale też nowego spojrzenia na miasto z lotu ptaka. Nie bez znaczenia jest przystępna cena biletu, który kosztuje tylko 3 boliwiany, czyli 1zł 60gr.

Jednak nie wszystkim taka rewolucja się spodobała. Najbardziej niezadowoleni są kierowcy taksówek i busów, które wożą pasażerów pomiędzy La Paz i El Alto. Wcześniej nie mieli konkurencji, a teraz boją się o swoją pracę. Z założenia metro miało zburzyć podziały i spowodować integrację różnych grup społecznych. Upraszczając – bogaci (głównie Kreole i Metysi) mieszkają w La Paz, a biedni (głównie Indianie) w El Alto. Bogaci na dole, a biedni na górze, czyli odwrotnie niż zazwyczaj. Ten fenomen jest spowodowany tym, że El Alto leży na wysokości ponad 4000 tys. metrów n.p.m. Każdy, kto był w wysokich górach wie, jak bardzo na takich wysokościach spada temperatura po zachodzie słońca. Właśnie dlatego bogate dzielnice znajdują się jak najniżej, czyli w południowej części La Paz. Wcześniej ta oaza spokoju i dobrobytu tylko z rzadka była odwiedzana przez mieszkańców El Alto. Droga była daleka, bo trzeba było pokonać różnicę wysokości ponad 1000 metrów. Ta bariera nagle przestała istnieć. Mieszkańcy bogatych dzielnic La Paz nie byli przygotowani na inwazję ludzi, którzy są co prawda obywatelami tego samego kraju, ale kulturowo są im zupełnie obcy. Na początku tego roku na portalach społecznościowych zaczęły krążyć zdjęcia, które pokazywały niewłaściwe zachowanie przyjezdnych z El Alto w jednej z galerii handlowych w bogatej dzielnicy Irpavi. Zamiast robić zakupy, Indianie po prostu rozsiadali się na podłodze. Na zewnątrz centrum handlowego pojawili się moblini sprzedawcy, a śmieci przestały się mieścić w śmietnikach. Władze stanęły jednak po stronie rdzennej ludności, która stanowi 60% mieszkańców kraju. Są to głównie Indianie Aymara i Keczua. Jeden z wiceministrów powiedział, że niektóre komentarze pod zdjęciami są rasistowskie. Stwierdził, że nie można krytykować Indianki siedzącej na podłodze, bo to jest częścią jej kultury. W ten sposób ma kontakt z Matką Ziemią (Pachamamą). Dlatego władze poleciły umieścić w widocznych miejscach tabliczki przypominające o tym, że w Boliwii obowiązuje prawo zakazujące wszelkiej formy rasizmu i dyskryminacji.

Zapytałem znajomą Boliwijkę, która mieszka w bogatej części La Paz, co myśli o kolejce linowej. Powiedziała, że bardzo jej się podoba ze względu na wspaniałe widoki i zwróciła uwagę na to, że z góry doskonale widać podziały społeczne. Domy zmieniają się stopniowo od najbiedniejszych do tych „w stylu Holywood”, jak to określiła. Boliwia jest krajem wielokulturowym i bardzo podzielonym. Wygląda na to, że podniebne metro przyczyni się do zmiany tego stanu rzeczy. Czy na lepsze? Mam nadzieję, ale tylko czas pokaże, czy to zbliżenie mieszkańców El Alto i La Paz wyjdzie im na dobre.

Golasy w Machu Picchu

Coraz częściej czytam o turystach, którzy fotografują się nago w różnych znanych miejscach na świecie. Czasami uchodzi im to na sucho, a czasami wyczyn kończy się aresztowaniem, karą finansową i deportacją. Ostatnio taki finał miało niestosowne zachowanie turystów na najwyższej górze Malezji, która jest uważana za świętą w tym konserwatywnym, muzułmańskim kraju. W Ameryce Południowej miejscem najbardziej narażonym na profanację jest Machu Picchu.

Tak się składa, że Peruwiańczycy są bardzo wrażliwi na punkcie swojego najcenniejszego zabytku. To nie są tylko ruiny, to jest sanktuarium i miejsce święte. Niektórzy turyści z Zachodu zdają się tego nie rozumieć. Najwyraźniej uważają rozbieranie się w takich miejscach za zwykłą zabawę. Wszystko po to, żeby zrobić zdjęcie i zamieścić je na portalu społecznościowym. Nie ma co się oszukiwać , zdjęcie w ubraniu obejrzy garstka znajomych, a zdjęcie bez ubrania być może obiegnie świat. W czasach, kiedy miliony ludzi podróżują, robią zdjęcia i pokazują je w internecie, coraz trudniej jest się przebić ze swoimi. A pomysłowość ludzka nie zna granic. Dlatego obawiam się, że ta moda szybko nie przeminie.

Z takiego założenia wychodzą też peruwiańskie władze, które zaostrzają kontrolę w Machu Picchu i zastanawiają się, jak zapobiegać profanowaniu inkaskiego sanktuarium. Najbardziej radykalny pomysł jest taki, żeby turyści byli wpuszczani tylko z przewodnikiem. Obecnie przepisy nakładają taki obowiązek na grupy powyżej 20 osób. Mam wielką nadzieją, że to się nie zmieni. Znalezienie ustronnego miejsca i kontemplacja tego niezwykłego miejsca w ciszy i spokoju jest jednym z najbardziej niezapomnianych przeżyć, jakich można doświadczyć. Pojawianie się golasów w Machu Picchu może bezpowrotnie odebrać nam wszystkim taką możliwość.

Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był w stanie upilnować 2500 turystów, którzy każdego dnia pojawiają się w ruinach. Ale władze mogą się skusić na tak radykalne rozwiązanie, jak zakaz zwiedzania bez przewodnika. Opinia publiczna jest oburzona i domaga się działań, a przy okazji można zapewnić lekką i dość dobrze płatną pracę setkom, jeśli nie tysiącom obywateli. Jedno jest pewne – masowa turystyka wymusza coraz więcej ograniczeń w najbardziej znanych miejscach na świecie. Jedyne, co możemy zrobić, to jechać tam jak najszybciej!

Zmarł Eduardo Galeano

W tym tygodniu w Montevideo zmarł urugwajski pisarz i dziennikarz Eduardo Galeano. Jego najbardziej znane dzieło to „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej” (Las venas abiertas de América Latina), wydane po polsku w 1983 roku. Niedawno czytałem i muszę przyznać, że zmieniła moje spojrzenie na historię tej części świata. Ponadto, książka pisana ponad 40 lat temu trafnie opisuje problemy aktualne do dziś. Niektóre fragmenty pomagają zrozumieć, co stało się z gospodarką Polski po 1989 roku. Oto przykładowe (skrócone) cytaty:

1. W 1823 Georg Canning, mózg Brytyjskiego Imperium do Francji: „Niech do was należy gloria triumfu, po którym przyjdzie klęska i ruina. Do nas należeć będzie pozbawiony chwały handel, przemysł i ciągle rosnący dobrobyt. Epoka rycerzy minęła, nadeszła era ekonomistów i rachmistrzów”.

2. Anglia stała się ogromną fabryką, sprowadzała surowce i zalewała świat swoimi produktami. Walczyła o wolny handel dopiero wtedy, gdy była pewna przewagi swojego przemysłu. Wcześniej tekstylia chroniło najsurowsze w Europie ustawodawstwo protekcjonistyczne. W trudnych początkach przemysłu tekstylnego, gdy obywatela złapano na eksporcie surowej wełny, skazywano go na utratę prawej ręki, a jeśli powtórnie, to go wieszano. Przy pogrzebach żądano od pastora zaświadczenia, że śmiertelny całun jest produkcji angielskiej.

3. Filie wielkich korporacji przeskakują bariery celne i opanowują krajowe procesy uprzemysłowienia. Eksportują fabryki lub pożerają fabryki już istniejące. Kapitał imperialistyczny zdobywa rynki od wewnątrz, wchodząc w posiadanie kluczowych sektorów miejscowego przemysłu. Wypłaca niskie pensje, podporządkowuje sobie rynek wewnętrzny, nie dostarcza kapitału na rzecz rozwoju tylko przeciwnie, wyciąga go, wywozi swoje zyski za granicę.

4. Międzynarodowe firmy wchodzą na rynek, mogą sobie pozwolić na straty przez kilka lat, a gdy konkurencja przestaje istnieć w wyniku tej wojny cenowej, odbija sobie z nawiązką.

5. Banki z USA przejmują banki w krajach Ameryki Łacińskiej a ta inwazja ma na celu skierowanie latynoamerykańskich oszczędności do przedsiębiorstw Stanów Zjednoczonych operujących w regionie. W tym samym czasie przedsiębiorstwa krajowe bankrutują, zduszone brakiem kredytu.

6. W 1703 roku Portugalia podpisała z Anglią traktat w Methuen. Brytyjscy kupcy otrzymali liczne przywileje na rynkach portugalskich. W zamian za korzyści dla swych win, Portugalia otwierała brytyjskim manufakturom swój rynek wewnętrzny i kolonie. To skazało portugalskie manufaktury na ruinę ze względu na różnicę poziomu rozwoju. W 1755r. Markiz de Pombal stwierdził, że Anglicy zdobyli Portugalię bez podboju. Ich towary zaspokajały 2/3 potrzeb Portugalii i cały handel portugalski znajdował się w rękach przedstawicieli firm brytyjskich. Portugalia nie produkowała praktycznie niczego.

7. Cukier z tropikalnych ziem Ameryki Łacińskiej przyczynił się w dużej mierze do akumulacji kapitału, dzięki któremu rozwinął się przemysł Anglii, Francji, Holandii i również USA. Niewolnictwo miało niebywałe właściwości. Przysporzyło ono statków, fabryk, kolei i banków państwom, które nie były ani miejscem pochodzenia, ani, z wyjątkiem USA, miejscem przeznaczenia niewolników.

8. W początkach XIX wieku Wielka Brytania stała się główną bojowniczką o zniesienie niewolnictwa. Angielski przemysł szukał na świecie rynków o większej sile nabywczej, był więc zainteresowany w propagowaniu systemu opartego na płacy.

9. W USA ustawa Lincolna z 1862 (Homestead Act) przyznawała każdej rodzinie prawo do działki liczącej 65 hektarów. Obszerne tereny zostały szybko zasiedlone i powstał chłonny rynek wewnętrzny – ogromna masa niezależnych farmerów – zdolnych podtrzymać rozwój przemysłu. W Brazylii nowe tereny uprawne stawały się własnością obszarników. To jedna z przyczyn różnic w rozwoju obu Ameryk. Kolejna różnica – Europejczycy przybywali do Stanów nie w poszukiwaniu legendarnych skarbów i nie po to, by obalić indiańskie cywilizacje, ale by osiedlić się. Pionierzy, nie awanturnicy. Podstawę społeczeństwa tworzyli wolni pracownicy, którzy nigdy nie funkcjonowali jako kolonialni agenci europejskiego procesu akumulacji kapitału. Żyli z myślą o sobie i o rozwoju swych ziem. Zaś Hiszpania i Portugalia miały do dyspozycji ogromną masę poddańczej siły roboczej. Rzesze zbędnych chłopów można było przerzucić do nowych ośrodków produkcji. Ponadto panujące klasy w społeczeństwie kolonialnym Ameryki Łacińskiej nigdy nie nastawiały się na rozwój ekonomiczny własnego kraju. Na północy Ameryki nie było złota, srebra, dużych skupisk indiańskich ani urodzajnych gleb. To było szczęście. Uprawiano to samo, co w Europie ze względu na klimat, czyli ich produkcja nie była komplementarna dla metropolii. Co innego w koloniach iberyjskich – z tropikalnych ziem tryskały cukier, tytoń, bawełna, indygo i żywica. Dla gospodarki Anglii karaibska wyspa miała większe znaczenie niż 13 kolonii Stanów Zjednoczonych. Dlatego USA rozwijało się gospodarczo niezależnie, a południe od początku było drenowane ze swoich bogactw. Widać więc, że to nie przyczyny rasowe zadecydowały o rozwoju jednych i zacofaniu drugich.